03 USA 9/11: Data publikacji: 1 czerwca 2005 roku

Ataki na USA z 11 września 2001 roku,
czyli o samolotach których nie było.


Data publikacji: 1 czerwca 2005 roku

Przeglądając zdjęcia z 11 września 2001 roku znalazłem kolejne bardzo interesujące zdjęcie, które zamieszczam poniżej.


wtc24.jpg

Na ramce zdjęcia na dole jest informacja, że zdjęcie zostało wykonane 15 sekund po uderzeniu pierwszego samolotu. Od razu rodzi się pytanie: jak to się stało, że w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie znalazła się osoba wyposażona w odpowiedni sprzęt po to, aby zrobić zdjęcie skutków ataku, którego nikt się nie spodziewał? Na zdjęciu widzimy palącą się wieżę północną oraz unoszący się w niebo dym. Po lewej stronie wież zwraca uwagę ciągnąca się od głównego obłoku dymu wstęga dymu biegnąca w dół i sięgająca niemal ziemi. Skąd pochodzi ten dym, skoro uderzenie samolotu nastąpiło na znacznej wysokości i główny obłok dymu unosi się już ponad wieżami? Kiedy przyjrzymy się dokładniej zauważymy, że mniejsze pasma dymu znajdują się również pomiędzy ową wstęgą dymu a północną wieżą WTC. Jakie jest źródło pochodzenia tego dymu?
Rozwiązanie znajdziemy na drugim filmie przedstawiającym uderzenie samolotu w północną wieżę, tym filmie, który nie pochodzi z CNN oraz nie ma żadnych napisów. Ten film można pobrać z http://thunderbay.indymedia.org/uploads/north-tower-strike.avi lub z http://www.911wasalie.com/phpwebsite/index.php?module=photoalbum&PHPWS_Album_id=5&PHPWS_Photo_op=view&PHPWS_Photo_id=56 (plik north-tower-strike.avi) - obydwa linki już niestety są nieaktualne. Przy okazji wyjaśniło się, dlaczego w wersji z CNN przedstawiającej uderzenie pierwszego samolotu ponad jedną czwartą wysokości ekranu zajmują napisy - prawdopodobnie chodziło właśnie o ukrycie owej wstęgi dymu oraz źródła jej powstania. Parametry filmu: rozdzielczość 692x408, 25 klatek na sekundę, rozmiar 12,81 MB, czas trwania filmu 44 sekundy.
Użyte w tekście wyrazy "samolot" należy odczytywać w przenośni.

Poniżej zamieszczam animację wykonaną z tego filmu. Liczby w lewym górnym rogu to numery użytych do animacji klatek filmu.
Sam moment powstania owej smugi dymu nie jest dobrze widoczny, ponieważ osoba z kamerą wykonywała właśnie kolejne zbliżenie na główny wybuch. Na filmie widać wyraźnie, że tuż po uderzeniu samolotu eksplozje następują na wysokości uderzenia na wszystkich czterech ścianach wieży, o czym świadczą obłoki dymu. Małe eksplozje widać również na środkach ścian znacznie powyżej miejsca uderzenia samolotu, niemal na samym wierzchołku wieży. Na klatce 660 główne eksplozje już nastąpiły, w niebo unosi się dym z nich pochodzący, ale na ścianie po lewej stronie poniżej miejsca uderzenia samolotu nie ma jeszcze żadnego dymu co oznacza, że powstał on nieco później po uderzeniu samolotu. Widzimy go dopiero wtedy, kiedy następuje poszerzenie pola widzenia po drugim zbliżeniu na główne eksplozje. Skąd wziął się dym poniżej miejsca uderzenia samolotu? I dlaczego tak szybko się przemieszcza?

wtc25.gif

Proszę zwrócić uwagę zarówno na zdjęciu, jak i na animacji, że o ile dym z głównych eksplozji unosi się do góry i lekko w lewo (co świadczy o niemal bezwietrznej pogodzie), o tyle interesująca nas wstęga dymu porusza się przede wszystkim w lewo, w kierunku od ściany, co świadczy o jej dużej prędkości poziomej, i mimo tego, że pojawiła się później niż główny wybuch, to jak widać na zdjęciu sięgnęła dalej niż on. Raczej małe jest prawdopodobieństwo tego, że przy tak małej różnicy wysokości istniała tak duża różnica w prędkości wiatru, a tym bardziej, żeby wiatr poniżej, pomiędzy budynkami, wiał szybciej niż ponad wieżami w obszarze zupełnie pozbawionym przeszkód. A ponadto owa wstęga dymu jest osłonięta od wiatru przez samą wieżę! Staje się więc jasne, że ów dym musiał posiadać własną prędkość. Dym z głównych eksplozji unosi się do góry, tak samo jak w przypadku drugiej wieży. Nie może więc być mowy, że dym opadał i stworzył taką właśnie wstęgę. Tak więc owa smuga dymu pochodzi prawdopodobnie z detonacji ładunków wybuchowych rozmieszczonych wzdłuż lewej ściany wieży niedaleko krawędzi ściany, w którą uderzył samolot. Równoczesna detonacja tych ładunków oprócz zniszczeń w konstrukcji nośnej budynku dała taki właśnie efekt w postaci wstęgi dymu. Siła tych wybuchów wydaje się bardzo duża, a przecież nie słychać ich na filmie z CNN, podobnie jak uderzenia samego samolotu. Jest to kolejny dowód na to, że ścieżka dźwiękowa w filmie z CNN była przerabiana.
Jak można policzyć na podstawie zdjęcia, prędkość tej wstęgi dymu wynosiła około 10 - 12 m/s, a więc całkiem sporo.
Może się wydawać, że jest bardzo mocny argument podważający ten wniosek. Otóż na żadnym filmie wykonanym po uderzeniu pierwszego samolotu w obszarze interesującej nas ściany poniżej miejsca uderzenia samolotu nie ma żadnych uszkodzeń, które musiałyby być widoczne po tak ogromnych eksplozjach. To się zgadza, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: skoro na filmach widzimy Boeingi bez skrzydeł i stateczników, to czy widzimy prawdziwy obraz tej ściany? Jako przykład proszę zobaczyć to zdjęcie.
wtc26.gifJeszcze jedna ciekawostka z tego filmu. Moją uwagę zwróciło zachowanie się sygnalizatora w czasie filmu. W niektórych scenach, na przykład kiedy osoba filmująca wykonuje zbliżenie, sygnalizator zachowuje się tak, jakby kamera względem niego poruszała się po łuku. Może to być wynik przemieszczania się kamerzysty przy równoczesnym wykonywaniu zbliżenia, a może rzeczywiście coś tam jest nie w porządku z tym sygnalizatorem - tego nie wiem na pewno.
Ale jak widać na zamieszczonej obok animacji jest w filmie "rodzynek", który nie pozostawia żadnych złudzeń, że przy filmie ktoś majstrował. Kolejne trzy klatki pokazują, że pomimo zmiany położenia kamery widok górnej części sygnalizatora nie zmienia się - sygnalizator zachowuje się tak, jakby był przymocowany do kamery i poruszał się wraz z nią.

Poniżej zamieszczam jeszcze jedno zdjęcie przedstawiające drugi samolot tuż przed uderzeniem w wieżę południową.


wtc27.jpg

Zdjęcie na pewno nie pochodzi z filmu kręconego z podobnego położenia kamery, ponieważ jakość obrazu jest zbyt dobra jak na obraz pochodzący z amatorskiej kamery, która w dodatku śledziła ruch samolotu, co znacznie rozmywało obraz budynków. Jest to sytuacja podobna do tej z najbardziej znanym filmem przedstawiającym uderzenie drugiego samolotu: niemal z tego samego miejsca został nakręcony film i zostało zrobione zdjęcie.
Jak widać, zdjęcie zostało bardzo ładnie skadrowane, można powiedzieć, że samolot pozuje tu do zdjęcia. Najważniejsze budynki zostały umieszczone w centrum zdjęcia, ładnie uchwycony dym unoszący się z północnej wieży, odległości do krawędzi kadru po prawej i lewej stronie są niemal identyczne. Po prostu laurka. Zdjęcie prawie niemożliwe do wykonania "z ręki", tzn. w sytuacji kiedy fotograf dostrzega lecący samolot i chce zrobić jego zdjęcie tuż przed uderzeniem w wieżę - wydarzenia następują zbyt szybko, żeby fotograf miał czas zwrócić na wszystko uwagę i celowo skadrować zdjęcie w ten sposób. Czyli zdjęcie zostało wykonane aparatem znajdującym się na statywie (ogólnie: w pozycji nieruchomej). Powstaje kolejna kwestia, w jaki sposób fotograf zareagował tak szybko na samolot wlatujący w kadr - to jest kwestia dziesiątych części sekundy.
Zdjęcie zostało wykonane prawdopodobnie ze sporej odległości przy użyciu teleobiektywu, o czym świadczy spłaszczenie perspektywy. Użycie teleobiektywu wymusiłoby konieczność zastosowania niezwykle krótkiego czasu otwarcia migawki oraz (lub) filmu o bardzo dużej czułości, aby móc uzyskać nieruchomy obraz samolotu. Zastosowanie filmu o bardzo dużej czułości skutkowałoby bardzo dużym ziarnem na zdjęciu, czego tutaj nie widać - ziarnistość tego zdjęcia wynika z dużego współczynnika kompresji obrazu, a nie z właściwości nośnika na jakim zostało wykonane. Oczywiście zdjęcie mogło zostać wykonane przy użyciu aparatu cyfrowego, ale musiałby to być sprzęt profesjonalny ze względu na konieczność zastosowania bardzo krótkiego czasu otwarcia migawki.
I jeszcze "drobnostki". Malowanie na stateczniku pionowym jest zupełnie inne niż w samolotach United Airlines. I podobnie jak miało to już miejsce, samolot wydaje się nie posiadać prawego statecznika. Prawe skrzydło widać bardzo dokładnie, lewy statecznik również, ale prawego trudno się dopatrzyć.

Przyjrzyjmy się kwestii zniszczeń pozostawionych na trasie podejścia przez samolot uderzający w Pentagon. Okazuje się, że jednak były zniszczone latarnie - pytanie tylko przez kogo? Przyjrzyjmy się temu zdjęciu. Osoba fotografująca stoi na trawniku pomiędzy dwoma samochodami ratowniczymi, uszkodzona latarnia znajduje się na wprost. Możemy wnioskować, że osoba wykonująca zdjęcie znajduje się na trawniku obok Pentagonu, który znajduje się na prawo w odległości maksymalnie około 200 metrów. Za metalową barierką znajduje się jezdnia, tak więc należy sądzić, że latarnia stała po tej samej stronie barierki co osoba fotografująca. Latarnia nie mogła stać za barierką, ponieważ na barierce nie ma śladów uszkodzeń, które spowodowałaby przewracająca się latarnia. Latarnia nie mogła również spaść w tym miejscu gdybyśmy przyjęli, że uderzający samolot wyrwał ją z mocowania i odrzucił w kierunku lotu, ponieważ znajduje się ona zbyt blisko barierki - musiałaby zostać zrzucona niemal pionowo w dół, co oznaczałoby, że nie miała żadnej prędkości poziomej. Jak można zobaczyć na innych zdjęciach okolic Pentagonu, zamontowane tam latarnie miały kształt pionowych masztów, do których na samej górze były mocowane wysięgniki złożone z dwóch rur, tworzących wraz z głównym masztem latarni trójkąt rozwartokątny, na końcu której to konstrukcji znajdowała się lampa. W lewym górnym rogu zdjęcia, nad szybą samochodu widać fragment takiej właśnie stojącej latarni. O barierkę odgradzającą trawnik od jezdni jest oparta górna, odcięta część latarni. Nie jest możliwe takie usytuowanie części głównej i odciętej po samym wypadku. Należy więc sądzić, że odcięta część została tu przyniesiona, albo że mamy do czynienia z kolejną inscenizacją.
Wyobraźmy sobie sytuację. W kierunku Pentagonu na niskiej wysokości z prędkością około 850 km/h leci Boeing 757. Przy tej szybkości jego skrzydło trafia na latarnię (mówię o skrzydle, bo kadłub nie byłby w stanie przeciąć w ten sposób latarni). Przede wszystkim należałoby się zastanowić, jakie powinny być skutki uderzenia w latarnię skrzydła samolotu lecącego z prędkością 850 km/h. Jak można zobaczyć na innych zdjęciach, latarnie były mocowane do podłoża przy użyciu czterech śrub usytuowanych w narożnikach podstaw latarni. Takie mocowanie pozwala na utrzymanie latarni w pozycji stojącej i na zwykłe warunki eksploatacyjne jest ono zupełnie wystarczające. Co się stanie z latarnią, jeżeli na wysokości 7 - 8 metrów nad ziemią przyłożymy do latarni siłę prostopadłą do jej osi pionowej? Ze względu na długie ramię siły latarnia powinna zostać uszkodzona przede wszystkim w miejscu mocowania do ziemi oraz w miejscu przyłożenia siły, odkształcając się w kierunku działania siły - w tym miejscu powinno dojść do powstania w latarni "wybrzuszenia" w kierunku lotu samolotu lub do przecięcia latarni. Proszę dokładnie przyjrzeć się latarni na tym zdjęciu oraz na kolejnych zdjęciach - latarnia od podstawy jest całkiem prosta, poza uszkodzonymi śrubami mocującymi w dolnej części latarni nie ma żadnych odkształceń, latarnia dopiero na pewnej wysokości zaczyna się odginać od pionu. Nie jest możliwe takie odkształcenie latarni w rzeczywistości, ponieważ mocowanie latarni do ziemi musiałoby mieć wręcz ogromną wytrzymałość, a ponadto w miejscu ugięcia należałoby przyłożyć prostopadle do latarni coś, wokół czego tę latarnię można by ugiąć. Krótko mówiąc, taki obraz uszkodzeń latarni, jakie możemy znaleźć na zdjęciach, moim zdaniem znacznie odbiega od rzeczywistości. W ramach eksperymentu można wziąć na przykład elastyczną linijkę i trzymając w palcach jednej ręki jej koniec drugą ręką spróbować ją ugiąć, przykładając siłę na powiedzmy 2/3 jej długości. Proszę zauważyć, w którym miejscu nastąpi największe odkształcenie. Rzeczywista latarnia powinna była zostać wyrwana z mocowania przy znacznym ugięciu tuż przy podstawie lub nawet powinna była zostać ułamana tuż przy podstawie.
Część latarni z lampą była skierowana w stronę nadlatującego samolotu, co spowodowało zaklinowanie się skrzydła pomiędzy pionowym masztem a ową konstrukcją z lampą, stwarzając dobry punkt zaczepienia. Powinny nastąpić uszkodzenia, o których wspomniałem wcześniej, być może również przecięcie samej latarni, ale również latarnia powinna była zostać odrzucona na dziesiątki, może ponad 100 metrów od miejsca zderzenia. Podstawa latarni nie ma prawie żadnych śladów uszkodzeń lub są one niewidoczne z tego miejsca. Można się zastanawiać, czy byłoby możliwe przecięcie skrzydłem takiej latarni, ale przyjmując że tak należy zwrócić uwagę na to, że również odcięty element powinien był się znaleźć w znacznej odległości zarówno od miejsca zdarzenia, jaki i od reszty latarni. Tutaj widzimy, jak wszystko sobie leży ładnie w jednym miejscu. Sam trzon latarni moim zdaniem powinien zostać znacznie zniekształcony, gdy tymczasem widzimy ledwo jego ugięcie, i to w jednej płaszczyźnie. Latarnia uderzona skrzydłem lecącego z tak ogromną prędkością samolotu powinna zostać wyrwana z mocowania, a co za tym idzie w czasie swojego lotu powinna koziołkować, uderzając w ziemię i inne przedmioty, ulegając przy tym znacznym deformacjom. Nic takiego nie widać - latarnia wygląda jakby ktoś ją po prostu pchnął i przewrócił. W skrzydle uderzającego w latarnię samolotu powinny powstać znaczne uszkodzenia, a oderwane ze skrzydła elementy poszycia i mechanizmu skrzydła powinny być rozrzucone na trawniku. Niczego takiego nie ma.
Należy sądzić, że zdjęcie zostało wykonane niedługo po ataku. Jak wiemy, z palącego się Pentagonu unosiły się gęste kłęby czarnego dymu. Gdzie podział się ów dym, że na zdjęciu nie rzuca on żadnego cienia? Proszę popatrzeć na cień, który rzuca samochód po prawej stronie. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że słońce świeci równolegle do stojącego po prawej stronie samochodu, o czym świadczy cień na trawie niemal pokrywający się ze ścianą boczną samochodu. Takie usytuowanie samochodu względem słońca skutkowałoby tym, że schodek znajdujący się z tyłu samochodu powinien znajdować się całkowicie w cieniu, gdy tymczasem widzimy, że jego róg jest oświetlony. Kiedy zwrócimy uwagę na przedmiot przypominający drabinę, umieszczony na boku samochodu stwierdzimy, że w ogóle nie zostawia on cienia, a przecież wyraźnie wystaje on poza samochód. Dziwne wydaje się również to, że samochód po lewej stronie rzuca znacznie jaśniejszy cień niż samochód po prawej stronie. Na trawie nie widać żadnych śladów pozostawionych przez koła samochodów ratowniczych, a przecież mówimy o samochodach ważących po około 2 tony do 3 - 4 ton. Oczywiście mogło być tak, że samochody cofnęły w to miejsce, więc ślady są w innych miejscach. Na samej latarni uwagę zwracają również dwie obwódki, których nie ma na żadnej innej latarni.
We właściwościach pliku znajduje się zakłada "Metadata" z informacjami o zdjęciu. Jest tam wiele różnych informacji. Jest również pole "Datetime", w którym jest wpis "2001:09:15 01:23:19". Niżej znajdują się pola "Date/time original" oraz "Date/time digitized", gdzie wpisana jest wartość "2000:04:02 15:58:39". Ciekawe...
I na koniec sprawa najważniejsza. Jak już oszacowaliśmy, z tego miejsca do ściany Pentagonu jest najwyżej około 200 metrów. Możemy oszacować, że latarnia została przecięta na wysokości około 7 - 8 metrów nad ziemią. Jak mówi oficjalna wersja, porwany Boeing 757 uderzył w ścianę Pentagonu lecąc lotem poziomym na wysokości niecałego 1 metra na ziemią. Tak więc od momentu uderzenia w latarnię do momentu uderzenia w Pentagon pilot miał około 0,85 sekundy na obniżenie wysokości i wyrównanie lotu - a to byłoby niemożliwe do wykonania w tak krótkim czasie tym bardziej, że w wyniku uderzenia w latarnię znacznym uszkodzeniom uległyby powierzchnie sterowe skrzydła i mechanizmy sterujące.

Wysokiej jakości zdjęcia z ataku na Pentagon można znaleźć między innymi na stronie http://www.geoffmetcalf.com/pentagon/pentagon_20020316.html - link niestety już nieaktualny, gdzie autor strony chce udowodnić, że to rzeczywiście Boeing 757 uderzył w Pentagon. Na podstawie zdjęć z tej strony oraz innych źródeł chcę przedstawić wątek taksówki uszkodzonej przez przewróconą przez samolot latarnię. Zobaczmy najpierw zdjęcie numer 1 pochodzące z innego źródła. Na pierwszym planie widzimy leżącą latarnię, obok niej w poprzek jezdni stoi uszkodzona taksówka. Widzimy trzypasmową jezdnię, za betonowym murkiem również znajduje się jezdnia dla kierunku w drugą stronę. Zobaczmy zdjęcie numer 2. Na wprost widzimy stojący biały samochód. Proszę zapamiętać jego położenie, koła skierowane lekko w lewą stronę, jakiś biały przedmiot przymocowany do wewnętrznej strony szyby nad lusterkiem wstecznym oraz jakieś foldery za przednią szybą. Po lewej stronie widzimy leżącą latarnię. Tutaj widać wyraźnie, w jaki sposób latarnia była przymocowana do ziemi oraz to, że nie została ona w ogóle uszkodzona w miejscu mocowania do podstawy - uszkodzona została tylko sama podstawa oraz śruby mocujące. Proszę zauważyć, że uszkodzenia śrub mocujących są prawie identyczne. Czy byłoby to możliwe w rzeczywistości? W zależności od usytuowania latarni względem samolotu część śrub w momencie uderzenia była ściskana i gięta, a część rozciągana i gięta, wobec czego uszkodzenia na śrubach powinny być różne. Chyba że latarnia była mocowana inaczej niż to napisałem, a śruby które widzimy mocowały do podstawy samą latarnię. Miejsce przecięcia latarni wygląda tak, jakby latarnia w tym miejscu eksplodowała, o czym świadczą odgięte na zewnątrz fragmenty latarni. Uszkodzenie nastąpiło w płaszczyźnie prostopadłej do osi pionowej latarni, co wydaje się dziwne, ponieważ najpierw musiałoby nastąpić przecięcie latarni przy nie zmienionym jej położeniu, a następnie jej ugięcie i wyrwanie z mocowania. Czy taka kolejność wydarzeń jest możliwa do realizacji? Jeżeli lampa została przecięta, to nie mogło być już mowy o oddziaływaniu skrzydła samolotu z latarnią, tak więc latarnia nie mogła już zostać ani ugięta, ani wyrwana z mocowania. Jeżeli latarnia będąc jeszcze w mocowaniu byłaby przecinana i gięta, nie byłoby mowy o jej prostopadłym przecięciu. Proszę również zwrócić uwagę, że na żadnym zdjęciu na latarni nie ma śladów świadczących o tym, że latarnia została uderzona - nie ma żadnych otarć, rys, odprysków farby.
Na jezdni na lewo od latarni widać rozsypane szkło, pochodzące prawdopodobnie z rozbitej szyby taksówki, stojącej za białym samochodem. Odległość szkła od samochodu jest znaczna. Zauważmy mężczyznę w białej koszuli, zobaczymy go jeszcze na innym zdjęciu. Zwróćmy jeszcze uwagę na krzywą biegnącą na jezdni od prawej strony zdjęcia do podstawy latarni. Wygląda na to, że latarnia była ciągnięta po jezdni, a więc na zdjęciach nie widzimy rzeczywistego miejsca zdarzenia po samym wypadku.
Przejdźmy do zdjęcia numer 3. Na pierwszym planie widzimy uszkodzoną taksówkę, za którą prawdopodobnie jej kierowca rozmawia przez telefon komórkowy, w tle pali się Pentagon. Po kierowcy nie widać w ogóle zdenerwowania tym, że na jego samochód przewróciła się latarnia, ani szoku, że pali się Pentagon - jeden z najbardziej strzeżonych i najważniejszych obiektów w USA. Taksówkarz wziął komórkę i dzwoni. Spośród mężczyzn będących na miejscu zdarzenia tylko jego twarz możemy zobaczyć - twarzy pozostałych mężczyzn nie zobaczymy na żadnym zdjęciu. Przyjrzyjmy się uszkodzeniom taksówki. Latarnia uderzona przez lecący z prędkością 850 km/h samolot uderzyła w taksówkę, centralnie wybiła przednią szybę i... tyle. Na przedniej masce, dachu, drzwiach, słupkach nie znajdziemy najmniejszych śladów uszkodzeń czy wgnieceń spowodowanych przez latarnię - przypominam - uderzoną przez lecący z prędkością 850 km/h samolot. W momencie wypadku samochód raczej nie stał, tylko jechał, co powinno dodatkowo zwiększyć skalę zniszczeń. Na marginesie: ciekawe co według taksówkarza uderzyło w Pentagon. Proszę zauważyć, że na przeciwległym pasie ruchu, za murkiem, nie ma żadnych samochodów, podobnie jak przed samym Pentagonem. Dziwnie pusto się zrobiło. Sam wypadek miał miejsce około godziny 9:46 czasu lokalnego, kiedy po porannym szczycie komunikacyjnym ruch w tym miejscu był jeszcze duży. Dziwne jest zatem to, że przewracająca się, obcięta latarnia o wysokości około 7 - 8 metrów, a więc mogąca "przykryć" całą trzypasmową drogę, spowodowała uszkodzenie tylko jednego samochodu, i to w dodatku wybijając mu tylko przednią szybę.
I ostatnie zdjęcie z tej serii, zdjęcie numer 4. Na dole zdjęcia, nieco z lewej strony, widzimy ów biały samochód, o którym już wspominałem przy okazji drugiego zdjęcia. Na jezdni przed nim widzimy coś, co może być latarnią. Biorąc pod uwagę usytuowanie latarni na drugim zdjęciu, tutaj powinniśmy widzieć biały samochód zupełnie przesłonięty w dolnej części przez latarnię, co jednak nie ma miejsca. Albo latarnia została przesunięta, albo samochód przestawiony. Nieco z lewej strony widzimy znanego nam już mężczyznę w białej koszuli. Kiedy przyjrzymy się dokładniej zdjęciu, zauważymy na tle białej furgonetki, na wysokości szyi mężczyzny na lewo, ciemną poprzeczkę, która najprawdopodobniej jest górną częścią otwartych drzwi uszkodzonej taksówki. Sama taksówka stoi więc na jezdni za zielonym krzewem - w tamtej okolicy musiała również stać przewrócona przez samolot latarnia. Zatem jak to się stało, że samolot przewrócił samą latarnię, a nawet nie drasnął tego "lasu" masztów, które widzimy na zdjęciu? Cała konstrukcja z tablicami drogowymi wznosi się na kilkanaście metrów ponad poziom drogi i obejmuje obydwie jezdnie, czyli 6 pasów ruchu plus murek rozdzielający plus część poboczy. Którędy zatem przeleciał ów samolot? Na pierwszym zdjęciu z tej serii widzimy, że taksówka stoi na wysokości końca ściany zachodniej Pentagonu, widzimy nawet fragment ściany południowej. Na ostatnim zdjęciu na wprost widać wyraźnie ścianę zachodnią, która ciągnie się przez cały kadr. Trochę to dziwne. W każdym razie mając na uwadze zdjęcie pierwsze i ostatnie widać wyraźnie, że patrząc z punktu widzenia ostatniego zdjęcia samolot leciał z prawej strony na lewą i uderzył w Pentagon z lewej strony, daleko poza kadrem. Jak więc ominął te wszystkie maszty, a przewrócił tu tylko jedną latarnię?

pent06.JPGZamieszczone obok zdjęcie może być bardzo wymowne w całej sprawie ataku na Pentagon, ale ze względu na brak możliwości jego weryfikacji możemy je tylko potraktować jako potencjalnie prawdziwe. Jest to zdjęcie satelitarne Pentagonu, przedstawiające rzekomo ślad na ziemi pozostawiony przez samolot uderzający w Pentagon. Tyle tylko, że zdjęcie zostało wykonane podobno... 7 września 2001 roku.
Możemy dosyć dokładnie przyjrzeć się usytuowaniu wszelkich masztów, a przede wszystkim konstrukcjom nad jezdniami, które widać na zdjęciach przedstawiających przewrócone latarnie. Jedynym miejscem pasującym do tych zdjęć są okolice znajdujące się ponad czarną obwódką, zakreślającą ślad na ziemi. Powyżej niej, nieco na prawo znajduje się interesująca nas konstrukcja, ale w jej pobliżu nie ma żadnych drzew czy krzewów, które widać na zdjęciu z taksówką. Z kolei widoczna na zdjęciach bliskość Pentagonu świadczy o tym, że zdjęcia musiały być wykonane gdzieś w tej okolicy.

Skutki kolizji samolotu z ptakiemObok zamieszczam jeszcze jedno zdjęcie będące dowodem na kruchość samolotów w zetknięciu z przedmiotami zewnętrznymi. Samolot ten to transportowy, odrzutowy, czterosilnikowy C-141 "Starlifter". Widzimy tu skutki zderzenia tego samolotu z lecącą gęsią. Samolot uderzył w lecącego ptaka dziobem. Gęś przebiła poszycie samolotu i rozbiła się o pionową ścianę w kadłubie znajdującą się za dziobem, a jej szczątki siłą uderzenia zostały wypchnięte przez szczelinę pomiędzy dziobem a kadłubem. Samolot leciał na niewielkiej wysokości, bo gęsi raczej nie latają na 10,000 metrów, a co za tym idzie leciał z prędkością zapewne znacznie niższą niż 800 km/h. Gęsi są znacznie bardziej miękkie niż metalowe konstrukcje nośne wież WTC czy zbrojone ściany Pentagonu. Jeżeli w wyniku zderzenia gęś potrafi przebić poszycie samolotu i w tak dużym stopniu uszkodzić sam samolot, to chyba daje nam to wyobrażenie o tym, co powinno się stać z samolotem w wyniku zderzenia z wieżami WTC czy Pentagonem.

Powróćmy do kwestii natężenia dźwięku wytwarzanego przez samolot uderzający w drugą wieżę WTC. Zapewne każdy z nas miał do czynienia z sytuacją, kiedy znajdując się gdzieś z dala od hałasów naszą uwagę zwracał odgłos przelatującego na wysokości około 10,000 metrów pasażerskiego odrzutowca. To jest średnia wysokość przelotowa, na której taki na przykład Boeing 767 leci z prędkością około 800 - 850 km/h. Przypomnijmy sobie natężenie dźwięku, jakie wtedy słyszeliśmy. Z fizyki wiadomo, że natężenie dźwięku zmienia się do kwadratu odwrotnie proporcjonalnie do zmiany odległości od jego źródła, czyli na przykład 2-krotnemu zmniejszeniu odległości towarzyszy 4-krotne zwiększenie natężenia dźwięku, 8-krotnemu zmniejszeniu odległości - 64-krotne zwiększenie natężenia dźwięku, itd. Tak więc natężenie dźwięku wytwarzanego przez lecący na wysokości około 200 metrów nad ziemią z prędkością 800 km/h samolot odrzutowy jest około 2500 (!) razy większe, niż natężenie dźwięku pochodzące od tego samego odrzutowca lecącego na wysokości 10,000 metrów. A ponieważ na małej wysokości powietrze jest znacznie gęstsze niż na wysokościach przelotowych, więc do rozpędzenia samolotu do prędkości 800 km/h potrzeba większej energii, a co za tym idzie większej mocy silników, które z kolei wytwarzają jeszcze większy hałas. Czyli lecący w kierunku wieży południowej Boeing 767 wytwarzał hałas o ogromnym natężeniu, który był w stanie całkowicie uszkodzić słuch ludzi znajdujących się na trasie jego przelotu lub spowodować trwałe upośledzenie ich słuchu. Szyby w oknach też miały niewielkie szanse na przetrwanie w całości w czasie przelotu tego samolotu. O takich skutkach przelatującego samolotu nic mi jednak nie wiadomo.
Kamerzysta filmujący uderzenie drugiego samolotu powinien być dzisiaj kompletnie głuchy. Kamera którą nagrywał sam moment uderzenia, mająca być może automatyczną regulację poziomu nagrania, nie byłaby w stanie nagrać dźwięku o tak dużym natężeniu - w najlepszym wypadku dźwięk byłby koszmarnie zniekształcony. A na filmie słyszymy wręcz niewinny odgłos, jakby samolot podchodził do lądowania, a nie leciał na prawie pełnej mocy silników.


Prawdziwy Afganistan

Przyszło mi do głowy, w jaki sposób można porównać teorię o terrorystach, którzy nauczyli się pilotowania samolotów pasażerskich na kursach dla początkujących pilotów oraz na komputerowych symulatorach, a następnie porwali pasażerskie Boeingi i kolejno trafiali nimi w cele, do realiów, które każdy z nas może sobie wyobrazić. Weźmy ogromny plac, postawmy na nim TIR-a z naczepą i załadujmy go 20 tonami ładunku. Następnie weźmy "niedzielnego kierowcę", który nie prowadził nigdy samochodu większego niż "maluch" i który kilka razy w życiu przejechał się TIR-em jako pasażer i wytłumaczmy mu jego zadanie. Otóż około 5 kilometrów po lewej stronie od miejsca startu, nieco z tyłu, jest ustawiona bramka o szerokości większej o 70 centymetrów od szerokości TIR-a. Kierowca dostaje orientacyjną mapę placu, ma znaleźć tę bramkę i przejechać przez nią tak, żeby się w nią zmieścić co oznacza, że po obydwu stronach samochodu ma zapas około 35 centymetrów. Musi więc najechać na bramkę pod kątem maksymalnie zbliżonym do kąta prostego, bo niewielkie odchylenie od kąta prostego sprawi, że w bramkę się nie zmieści. Najazd ma wykonać z określonej strony świata. Samą bramkę zobaczy dopiero z odległości 250 metrów i dopiero wtedy będzie wiedział, czy z tego zadania może wyjść cokolwiek. Wtedy będzie miał czas tylko na kosmetyczne poprawki - jeśli źle najechał na bramkę, nie będzie miał już żadnych szans na przejechanie przez nią. Samochód ma wbudowany system utrzymujący stałą prędkość samochodu wynoszącą 100 km/h. Żeby kierowca się nie stresował za bardzo, dostaje drugiego "niedzielnego kierowcę", który będzie mu pomagał w nawigacji. Ruszają. I wiedzą, że mają tylko jedno podejście. Jeden za duży skręt kierownicą i... po zadaniu.
Nie łudźmy się - ich szanse na wykonanie zadania są bliskie zeru, tak samo jak terrorystów w oficjalnej wersji wydarzeń ataków z 11 września 2001 roku. Samoloty od samego początku porwania musiałyby być bardzo precyzyjnie naprowadzane na cel. Nie łudźmy się, że porywacze byli w stanie zapewnić sobie takie naprowadzanie we własnym zakresie - bo niby jak mieliby to zrobić? Przy takiej szybkości i tak małym celu większy ruch sterami spowodowałby rozminięcie się samolotów z wieżami, o Pentagonie już nie wspominając. Tymczasem "niedzielni piloci" trafiają w dziesiątkę w 3 próbach na 4...
Gdyby to rzeczywiście piloci samouki porwali owe samoloty, bylibyśmy świadkami mrożącego krew w żyłach i żałosnego widowiska, w którym widzielibyśmy Boeingi bezradnie latające we wszystkie strony i próbujące trafić w WTC - przy prędkości 800 km/h promień skrętu takiego samolotu mógłby moim zdaniem sięgnąć nawet 10 kilometrów. W końcu może któremuś z nich udałoby się zahaczyć o wieżę skrzydłem, a prawdopodobnie w końcu samoloty rozbiłyby się o ziemię lub inne budynki, nie wyrządzając samym wieżom większych szkód. A trafienie w zewnętrzną ścianę Pentagonu Boeingiem lecącym lotem poziomym metr nad ziemię z prędkością 850 km/h to już jest kompletna abstrakcja.

Po raz kolejny powtórzę, że prawdziwe na filmach i zdjęciach z 11 września 2001 roku są tylko eksplozje, zawalanie się wież oraz ginący w ich gruzach ludzie. Reszta, na czele z oficjalną wersją wydarzeń, jest fikcją.

Wygenerowano w sekund: 0.01
2,431,792 Unikalnych wizyt