07 USA 9/11: Data publikacji: 1 września 2005 roku

Ataki na USA z 11 września 2001 roku,
czyli o samolotach których nie było.

Data publikacji: 1 września 2005 roku

Na początek zachęcam do pobrania dwóch krótkich filmów. Obydwa filmy przedstawiają w zwolnionym tempie z bliska moment uderzenia drugiego Boeinga w południową wieżę WTC. Pierwszy film ma objętość 2,04MB, drugi 1,28MB. W przypadku obydwu filmów proszę zwrócić uwagę na sposób wnikania samolotu w wieżę. W przypadku drugiego filmu widać bardzo wyraźnie, że pomimo uderzenia w wieżę tak ogromnej masy, sama wieża nawet nie drgnęła.
Przyjrzyjmy się temu, co na temat wydarzeń z 11 września mają do powiedzenia inni ludzie. Znalazłem w Internecie dwa interesujące artykuły dotyczące wydarzeń z 11 września. Obydwa zamieszczam w całości.
Pierwszy z nich pochodzi z miesięcznika Świat Nauki z lipca 2005 roku.

GŁOS SCEPTYKA
MICHAEL SHERMER
Fahrenheit 2777

Wokół ataku na WTC powstało multum teorii spiskowych.

Książka L'Effroyable Imposture (Straszliwe oszustwo) o spiskowym charakterze zamachu terrorystycznego na World Trade Center, napisana przez znanego lewicowego aktywistę Thierry'ego Meyssana, nie schodziła w 2002 roku z pierwszych miejsc na listach bestsellerów we Francji. Trudno mi jednak wyobrazić sobie, by tego rodzaju poglądy znalazły oddźwięk w USA. Ale ostatnio po jednym z moich publicznych wykładów zaczepił mnie niejaki Michael Moore, kreujący się na reżysera filmowego, który jednym tchem wyjaśnił, że wydarzenia 11 września 2001 roku zostały dokładnie zaplanowane przez Busha, Cheneya, Rumsfelda oraz CIA w ramach ich dążenia do globalnej dominacji i wprowadzenia Nowego Ładu Światowego. Ów cel, finansowany przez GOD (gold, oil, drugs, czyli złoto, ropę i narkotyki), miał być zrealizowany poprzez przeprowadzony w stylu Pearl Harbor atak na World Trade Center i Pentagon, co mogło posłużyć jako pretekst do rozpętania wojny. "Dowody znajdzie pan tutaj" - powiedział, wręczając mi spreparowany banknot jednodolarowy pokryty zapisanymi drobnym maczkiem adresami internetowymi, na którym zamiast jedynki widniało 9-11, a wizerunek Waszyngtona podmieniony został podobizną Busha.

Rzeczywiście, jeśli w Google'u wpiszemy "World Trade Center" oraz "conspiracy", otrzymamy ponad 250 tys. rekordów. Na stronach tych można wyczytać, że zdaniem niektórych w Pentagon trafiła rakieta; że myśliwce broniące amerykańskiej przestrzeni powietrznej otrzymały rozkazy, by nie przechwytywać samolotów rejsowych nr 11 i 175, które następnie uderzyły w WTC; że bliźniacze wieże zostały zniszczone przez ładunki wybuchowe odpalone zaraz po uderzeniu samolotów; że tajemniczy biały myśliwiec zestrzelił nad Pensylwanią samolot rejsowy nr 93; oraz że mieszkającym w Nowym Jorku Żydom przykazano, by nie wychodzili tamtego dnia z domu (oczywiście maczali w tym palce syjoniści i lobby proizraelskie). Ukazało się także wiele książek w podobnym duchu, jak Inside Job (Robota od wewnątrz) Jima Marrsa, The New Pearl Harbor (Nowe Pearl Harbor) Davida Raya Griffina, The Great Illusion (Wielka iluzja) George'a Humphreya. Najlepiej, moim zdaniem, rozprawiono się z tymi spiskowymi dyrdymałami w marcowym numerze Popular Mechanics, w którym punkt po punkcie przeanalizowano najczęściej powtarzane rewelacje.

Błędne przekonanie, że wystarczy parę niewyjaśnionych szczegółów, by podważyć ugruntowaną teorię, leży u podstaw wszelkiego myślenia spiskowego (jak również kreacjonizmu, negowania Holokaustu i rozmaitych maniakalnych teorii fizycznych). Do tej kategorii należą wszystkie "dowody" rzekomo świadczące o istnieniu spisku na wysokich szczeblach władzy, który doprowadził do tragedii 11 września. Tego rodzaju twierdzenia łatwo obalić, pokazując, że teorie naukowe nie opierają się wyłącznie na pojedynczych faktach, lecz na zbieżności rezultatów różnych podejść badawczych.

Na przykład na stronie http://www.911research.wtc7.net można wyczytać, że skoro stal topi się w temperaturze 2777°F (1525°C), a spalanie paliwa lotniczego daje jedynie 825°C, to bliźniacze wieże nie miały prawa się zawalić. "To nie samoloty zniszczyły WTC, lecz bomby" - stwierdza się na stronie http://www.abovetopsecret.com Nieprawda. W artykule opublikowanym w Journal of the Minerals, Metals, and Materials Society i w późniejszych wywiadach Thomas Eagar, profesor inżynierii materiałowej w Massachusetts Institute of Technology, wyjaśnia dlaczego. Otóż stal traci połowę wytrzymałości już w temperaturze 650°C; 90 000 l paliwa lotniczego spowodowało zapalenie innych palnych materiałów, jak dywany, firanki, meble i papier, które płonąc w najlepsze po wyczerpaniu się paliwa, podniosły temperaturę powyżej 760°C i rozprzestrzeniały niszczycielski ogień w każdym z budynków. Różnice temperatur rzędu setek stopni w obrębie poszczególnych belek poziomej kratownicy nośnej wyginały je, co z kolei doprowadziło do nadmiernego obciążenia, a w konsekwencji wyłamania zaczepów mocujących je do pionowych kolumn. Wypadnięcie jednej belki pociągało za sobą inne. Upadek piętra powodował zawalenie się piętra poniżej i w następstwie takiego efektu domina kolaps całej ważącej niemal 500 000 t konstrukcji. Zwolennicy teorii spiskowej utrzymują, że budynki powinny upaść na bok, jednak biorąc pod uwagę fakt, że 95% objętości każdego z nich stanowiła pusta przestrzeń, mogły one jedynie zawalić się pionowo z góry na dół.

Wszystkie tezy o rzekomym spisku mają równie wątłe podstawy. Jeśli chodzi o "atak rakietowy" na Pentagon, to zagadnąłem Moore'a, co w takim razie stało się z rejsowym samolotem nr 77, który zaginął w tym samym czasie. "Został zniszczony, a pasażerów wymordowali tajni agenci Busha" - odparował z kamienną twarzą. "Czy chce pan mi wmówić, że ani jeden konspirator z tysięcy potrzebnych do przeprowadzenia takiej operacji nie puściłby pary z gęby i nie opowiedział o tym w telewizji ani nie napisał demaskatorskiej książki?" Moja replika spotkała się z taką samą odpowiedzią, jaką za każdym razem słyszę od ufologów, gdy proszę ich o konkretne dowody: niewygodnych świadków likwidują faceci w czerni, a martwi już nic nikomu nie powiedzą.


Autor artykułu powołuje się na artykuł napisany zapewne przez najlepszych amerykańskich inżynierów i naukowców i opublikowany w znanym i zapewne szacownym amerykańskim piśmie specjalistycznym. I cóż tam znajdujemy? Znajdujemy informację o tym, że Boeingi 767 w momencie uderzenia w wieże miały w swoich zbiornikach 90,000 litrów paliwa. Nie mam dokładnych danych technicznych tych samolotów, ale bardzo wątpliwe jest, aby pasażerski Boeing 767 w ogóle mógł zabrać tyle paliwa - a to z prostej przyczyny: samoloty te prawdopodobnie nie mają tak pojemnych zbiorników.
Z tego co wiem, Boeing 767 lecący z Warszawy do Chicago czy Nowego Jorku zabiera około 60 ton paliwa. Biorąc pod uwagę to, że samoloty uderzające w wieże WTC leciały z Bostonu do Los Angeles, a więc na trasie o długości około 5,000 kilometrów, powinny mieć w swoich zbiornikach około połowę mniej paliwa, niż na trasie z Warszawy do Chicago czy Nowego Jorku. A zatem w ich zbiornikach powinno być około 30 ton paliwa, czyli 3-krotnie mniej, niż podają oficjalne źródła.
Paliwo musiałoby mieć łatwy dostęp powietrza, aby mogło się palić na tyle gwałtownie, żeby rozgrzać stalowe elementy konstrukcyjne do znacznej temperatury. W przypadku wież WTC było to znacznie utrudnione. Widać to zresztą na filmach i zdjęciach, że po spektakularnych eksplozjach w ciągu kilkudziesięciu sekund ogień został zredukowany do niewielkich ognisk.
W artykule czytamy, że 95% objętości każdej wieży stanowiła pusta przestrzeń. Skąd wziął się zatem ciężar 500,000 ton, jaki miała każda z wież? Skoro w ich środku nie było prawie niczego, to nie było też prawie żadnych materiałów, które mogłyby się palić i podnieść temperaturę wewnątrz wież do temperatury plastyczności stalowych konstrukcji nośnych wież. I rzecz najważniejsza: skoro 95% objętości wież stanowiła pusta przestrzeń, to w jaki sposób owa pusta przestrzeń zdołała wyhamować na odcinku około 60 metrów ważący sto kilkadziesiąt ton samolot rozpędzony do prędkości co najmniej 800 km/h?
Artykuł przypomina oficjalną wersję przyczyn zawalenia się wież WTC. Na pierwszy rzut oka wersja ta wydaje się mieć sens. Ale przyjrzyjmy się jej dokładniej. Poszczególne kondygnacje były mocowane do pionowych kolumn przy użyciu większej ilości zaczepów, o których jest mowa w artykule. Chcąc przyjąć oficjalną wersję przyczyn zawalenia się wież, należałoby również przyjąć, że pierwsza kondygnacja runęła równocześnie całą swoją powierzchnią na kondygnację będącą poniżej i tak dalej aż do ziemi. Ale żeby tak się stało, na każdej kondygnacji musiałoby dojść do równoczesnego wyłamania wszystkich zaczepów, co jest rzeczą niemożliwą. Niemożliwe jest zatem, aby poszczególne kondygnacje spadały jak "placki" na kondygnacje znajdujące się niżej, zawalając wieże w idealnym pionie. Nawet gdyby pierwsze kondygnacje zachowały się w ten sposób, wcześniej czy później znalazłyby się kondygnacje poniżej, gdzie poszczególne zaczepy w obrębie tej samej kondygnacji przeniosłyby obciążenie dłużej niż inne - bo przecież każdy zaczep miał nieco inną wytrzymałość - a takie zaburzenie zupełnie zmieniłoby kierunek spadania kondygnacji oraz sposób zawalania się wież. Opóźnienia pomiędzy wyłamywaniem poszczególnych zaczepów w obrębie danej kondygnacji przenosiłyby coraz większe obciążenia na pionowe kolumny, powodując wyginanie się ścian i łamanie kolumn na co najmniej kilkudziesięciometrowe odcinki. Jest bardzo prawdopodobne, że po zawaleniu się wież pozostałyby resztki jednej lub dwóch ścian sięgające być może nawet powyżej 100 metrów od ziemi z resztkami przymocowanych do nich stropów. Sposób w jaki 11 września 2001 roku zawaliły się obydwie wieże WTC to realizacja przypadku teoretycznego, którego realizacja w rzeczywistym świecie bez dodatkowej "pomocy" ma znikomo małe szanse realizacji, a wystąpienie równocześnie dwóch takich przypadków jest niemal całkowicie niemożliwe.
W tym temacie raczej niczego nie można już udowodnić na podstawie rzeczywistych materiałów, takich jak pozostałości wież, ponieważ wszystkie lub prawie wszystkie stalowe elementy konstrukcyjne wież WTC podobno zostały wysłane na drugi koniec świata - do Chin - i tam przetopione. Być może w samych Stanach Zjednoczonych zostały gdzieś jakieś fragmenty elementów nośnych wież WTC, ale z całą pewnością przez bardzo długi czas - jeśli w ogóle - nie ujrzą one światła dziennego, a o udostępnieniu ich niezależnej komisji można zapomnieć.
Dowody, które rzekomo w sposób naukowy uzasadniają oficjalną wersję wydarzeń, przedstawiają najlepsi amerykańscy inżynierowie w oficjalnych raportach. Moim zdaniem przedstawiony artykuł wyraźnie mija się z prawdą i nie powinien się znaleźć w tak znanym i wydawałoby się godnym zaufania czasopiśmie. Od czasu do czasu czytuję to pismo, ale po przeczytaniu tego artykułu moje zaufanie do tego pisma znacznie spadło.

Drugi artykuł pochodzi ze strony http://eduseek.interklasa.pl/edukurier/index.php?ekid=230.

Zamach oczami pilota

"W zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku musiał brać udział dobrze wyszkolony pilot, który przeszedł długotrwały trening na symulatorach lotu" - powiedział dzień po terrorystycznym ataku kapitan PLL LOT Romuald Piaściński.

W czasie szkoleń piloci linii lotniczych czasami trenują na takich symulatorach lotu. "W ich bazie danych są różne lotniska świata. Jest doskonała wizualizacja przestrzenna" - zdradził Piaściński. Czasami piloci sprawdzali na symulatorze, czy da się przelecieć pomiędzy wieżami World Trade Center. "Nie było to łatwe. Nie była to też zbyt ładna zabawa i myślę, że teraz nikt już jej nie powtórzy" - twierdzi nasz pilot.
Według Piaścińskiego tak olbrzymim samolotem jak Boeing 767, którym sam lata, niełatwo wcelować w budynek, nawet tak wielki jak World Trade Center. "Promienie zakrętów w przypadku tego samolotu, zależnie od prędkości i przechylenia, są rzędu kilku kilometrów. Byłem zaskoczony tym, co obejrzałem w telewizji. Te manewry i cała ta sytuacja wyglądała tak, jakby samolot uderzał w budynek w zakręcie. Nie było to łatwe. Musiał to być raczej dobrze wyszkolony pilot. Z tym musiał się wiązać długotrwały trening na symulatorach lotu" - powiedział.
Piaściński dodał, że z całą pewnością żaden pilot, nawet pod groźbą użycia siły, nie wykonałby polecenia, by uderzyć w budynek pełen ludzi. "My mamy pewne odruchy nabywane w trakcie szkoleń i pracy, które na to nie pozwolą i w ostatniej chwili każą wykonać jakiś manewr, by ominąć przeszkodę" - wyjaśnił.
W jego opinii nie jest możliwe, by jakiś budynek po takim uderzeniu samolotu nie zawalił się. "Taki samolot waży około 185 ton. Jest to potężna masa rozpędzona do ogromnej prędkości, od 250 do 850 km/h" - powiedział.
Dodał też, że do pokonania trasy z Bostonu do Los Angeles (taki kurs miały samoloty, które uderzyły w wieże World Trade Center) w zbiornikach każdego z samolotów musiało być około 35 ton paliwa. "Te budynki zawaliły się również z tego względu, że rozlały się tony paliwa. Paliwo paliło się, kruszał beton, topiły się pręty zbrojeniowe i po jakimś czasie to wszystko musiało runąć" - uważa Piaściński.

(PAP)


Z pierwszej ręki, od doświadczonego pilota otrzymujemy informację, że do wykonania manewrów, które widzieliśmy 11 września 2001 roku piloci musieli dysponować wysokimi umiejętnościami pilotażowymi nabytymi zarówno w czasie szkolenia teoretycznego, jak i praktycznego na symulatorach lotu. Pan Piaściński ma zapewne na myśli specjalistyczne symulatory lotu, a nie gry komputerowe. Takiego szkolenia z całą pewnością nie przeszli zamachowcy szkoleni na małych samolotach, a prawdziwego symulatora lotu z pewnością nawet nie widzieli na oczy.
W wypowiedzi pana Piaścińskiego masa samolotu jest znacznie większa niż pisałem. Nie polemizuję z tym, ale jeśli masa samolotów uderzających w wieże WTC wynosiła około 185 ton, to wszystkie efekty o jakich pisałem, związane z uderzeniem w wieże WTC tak dużej masy, powinny być jeszcze bardziej widoczne.

Trafienie w WTC jest trafieniu nierówne. Możemy przyjąć, że piloci amatorzy pilotujący pasażerskie Boeingi mieli w przypadku obydwu wież ogromne "szczęście", że w ogóle w nie trafili. Ale przyjrzyjmy się dokładniej zadaniu, jakie rzekomo wykonali. Otóż zakładając, że w ogóle chcieli oni trafić w wieże WTC, musieli trafić w ścianę o szerokości 64 metrów - z taką dokładnością musieliby naprowadzić samoloty, aby kadłub uderzył w wieżę. Gdyby trafili w wieże przy krawędziach ścian, jedna skrzydło lub jego część znalazłoby się poza obrysem budynku i jego szczątki spadłyby na ziemię - mielibyśmy wtedy niezbity dowód na to, że te samoloty rzeczywiście istniały. Ale świat zobaczył wydarzenia znacznie bardziej nieprawdopodobne: obydwa samoloty uderzyły w ściany całą swoją szerokością. Wiemy, że ściany WTC miały szerokość 64 metrów. Rozpiętość skrzydeł Boeinga 767 to 47,6 metra, przyjmiemy wielkość 48 metrów. Gdyby samoloty lecąc lotem poziomym uderzyły dokładnie w pionową oś symetrii ściany (środek ściany), to po każdej stronie samolotu licząc od końcówek skrzydeł zostałoby po 8 metrów wolnej przestrzeni. Widać więc, że Boeing 767 lecący lotem poziomym w celu zmieszczenia się w wieży w całości, łącznie ze skrzydłami, musiałby trafić w pionową oś symetrii ściany z dokładnością do 8 metrów po jej obydwu stronach, czyli musiałby trafić kadłubem w pas o szerokości 16 metrów biegnący środkiem ściany. Biorąc pod uwagę to, że obydwa samoloty uderzyły w wieże z przechyłem, co "zmniejszyło" ich szerokość, strefę uderzenia można rozszerzyć do 20 - 22 metrów. Tak więc piloci amatorzy pilotujący ważące sto kilkadziesiąt ton pasażerskie Boeingi 767 lecące z prędkością co najmniej 800 km/h musieliby trafić kadłubem samolotu w strefę o szerokości 20 - 22 metrów biegnącą dokładnie środkiem ściany. To jest zadanie niemożliwe do wykonania w warunkach, o jakich mówi oficjalna wersja wydarzeń. Gdyby samoloty rzeczywiście istniały, to przy prędkościach z jakimi się poruszały, musiałyby być bardzo precyzyjnie naprowadzane na środki ścian wież WTC z odległości co najmniej 50 - 100 kilometrów od wież (przy prędkości 800 km/h odpowiednio przez 3 minuty 45 sekund oraz 7 minut 30 sekund przed uderzeniem w wieże).

Nie do przyjęcia jest również fakt, że nie znaleziono ani jednej czarnej skrzynki z czterech zniszczonych samolotów. Czarne skrzynki są umieszczane w części ogonowej samolotów, która w czasie katastrofy jest narażona na najmniejsze uszkodzenia. W przypadku wież WTC w okresie przed zawaleniem się wież czarne skrzynki powinny być w stanie wręcz nienaruszonym, podobnie w przypadku Pentagonu. Ale pomimo tego, że są to urządzenia zdolne wytrzymać ekstremalne temperatury, ciśnienia, przeciążenia, pomimo tego, że czarne skrzynki posiadają nadajniki radiowe umożliwiające ich szybką lokalizację, czarnych skrzynek z samolotów z 11 września 2001 nigdy nie odnaleziono - rozpłynęły się w powietrzu tak samo jak wszystkie porwane samoloty.
Amerykańskie służby specjalne w gruzowisku wież WTC znalazły natomiast kartkę z paszportu ze zdjęciem i danymi jednego z porywaczy, który znajdował się na pokładzie samolotu, który uderzył w wieżę WTC. Samoloty z pasażerami i bagażami wyparowały, stalowe konstrukcje nośne stopiły się w wyniku pożaru i wysokiej temperatury - ale papierowa kartka przetrwała. Nonsens.

wtc30.jpgPrzyjrzyjmy się również pewnej bardzo istotnej rzeczy związanej z właściwościami paliwa lotniczego, rzeczy na którą również ja sam dałem się nabrać oglądając zdjęcia z 11 września 2001 roku. Otóż paliwo lotnicze nie eksploduje, nie wybucha. Nie wytwarza zatem niszczącej fali uderzeniowej, a jedynie pali się, wytwarzając przez stosunkowo krótki czas wysoką temperaturę. Eksplodować mogą opary paliwa, jeżeli zajdą ku temu odpowiednie warunki, tak jak na przykład w silnikach spalinowych, gdzie rozpylone do postaci "mgiełki" paliwo tworząc z powietrzem mieszankę o odpowiednich proporcjach spala się w sposób wybuchowy. Jeżeli paliwo rozlejemy na jakimś podłożu i podpalimy je (nie próbować!), to zapali się ono z lekką eksplozją i może spowodować oparzenia, ale nie powstanie fala uderzeniowa, która na przykład przewróciłaby nas czy urwałaby nam ręce lub nogi.
Zachęcam do pobrania filmu (1,03MB) przedstawiającego rzeczywistą katastrofę amerykańskiego bombowca B-52 w czasie pokazów lotniczych. Proszę zwrócić uwagę na kilka spraw. Proszę zauważyć, że samolot w momencie uderzenia w ziemię rozpada się dosłownie na kawałki. Uwolnione ze zbiorników paliwo zapala się, ale nie wybucha. Nie ma fali uderzeniowej i rozrzucania odłamków samolotu jej siłą we wszystkich kierunkach - fragmenty rozbitego samolotu wraz z paliwem poruszają się zgodnie z prawami fizyki w kierunku zgodnym z wcześniejszym kierunkiem lotu samolotu. Proszę również zauważyć, jak szybko znika ogień, zamieniając się w kłęby czarnego dymu. Gdyby film był nieco dłuższy, na ziemi zobaczylibyśmy zapewne kilka słabo palących się ognisk i sporo dymu, ale nie byłoby "morza" ognia.
Przyjrzyjmy się temu, co widzimy na zdjęciach z 11 września 2001 roku. Po zniknięciu samolotów w wieżach obserwujemy efektowne eksplozje. Eksplozje te wytworzyły falę uderzeniową, która była w stanie nie tylko wyrwać wiele sporych rozmiarów fragmentów wież WTC, ale też nadać im znaczną prędkość poziomą. Na zdjęciu widzimy, że najdalsze fragmenty znajdują się w odległości około 55 - 60 metrów od ściany wieży WTC. Należy więc sądzić, że początkowa prędkość fali uderzeniowej powstałej w wyniku eksplozji wynosiła co najmniej 50 m/s. Co dziwne, największa siła eksplozji jest obserwowana na prawej ścianie patrząc z kierunku lotu samolotu, a więc pod kątem prostym do kierunku lotu samolotu. Jeszcze większym kuriozum jest fakt, że tylko nieznacznie słabsza jest siła eksplozji skierowana w kierunku przeciwnym do kierunku lotu samolotu. Paliwo lotnicze, które przecież poruszało się z taką samą prędkością jak samolot, nie mogło spowodować takich efektów. Eksplozje wyglądają tak, jakby pojawiły się równocześnie we wszystkich miejscach. Palące się paliwo lotnicze powinniśmy widzieć przede wszystkim na ścianie, w którą uderzył samolot oraz na ścianie przeciwnej, gdzie powinno ono wylecieć z wieży wraz ze szczątkami samolotu - ale jak wiemy nic takiego nie nastąpiło. Nieco mniejszy ogień powinien być widoczny na prawej ścianie. Zresztą to i tak są rozważania teoretyczne, ponieważ to co widzimy wygląda tak, że samolot bez szwanku wdarł się do wnętrza wieży, został tam zatrzymany i eksplodował, co kompletnie mija się z prawami fizyki i logiką. Ogień powinien był się pojawić najpierw w miejscu uderzenia samolotu w ścianę, ponieważ siła uderzenia uszkodziłaby zbiorniki skrzydłowe i paliwo uległoby zapaleniu, ale to jak wiemy nie nastąpiło.
Proszę również zauważyć, że dym pochodzący z palącego się paliwa lotniczego na filmie z katastrofy B-52 ma kolor czarny, natomiast dym pochodzący z eksplozji w wieżach WTC następujących tuż po rzekomym uderzeniu w nie porwanych samolotów ma kolor w odcieniach od szarego do białego.
Na zdjęciu widzimy ślad w postaci białej smugi pozostawianej przez obiekt, który wyleciał z wieży po przeciwnej stronie miejsca uderzenia samolotu. Widać wyraźnie, że obiekt ten porusza się po innym torze, niż poruszał się samolot przed uderzeniem w wieżę, więc jest niemal pewne, że nie jest to element samolotu.

wtc31.jpg1 czerwca tego roku pisałem o dziwnym "rękawie" z dymu widocznym na zdjęciu wykonanym 15 sekund po uderzeniu pierwszego samolotu w północną wieżę WTC. Pisałem wtedy również o prawdopodobnym źródle dymu twierdząc, że pochodzi on z eksplozji ładunków wybuchowych znajdujących się znacznie poniżej miejsca uderzenia samolotu. Dowód na potwierdzenie tej tezy znalazłem w filmie 9/11, o którym piszę nieco więcej w dziale Materiały.
Zdjęcie pochodzi z tego właśnie filmu i przedstawia północną wieżę WTC kilka minut po uderzeniu w nią samolotu. Na prawej ścianie patrząc z kierunku lotu samolotu, znacznie poniżej miejsca uderzenia samolotu widać wyraźnie wyróżniający się jasny obszar w kształcie prostokąta sięgający być może do samej podstawy wieży. Są to prawdopodobnie pozostałości dymu pochodzącego z głównej eksplozji, wciskane w głąb wieży siłą wiatru wiejącego z tyłu z prawej strony. Tak więc eksplozje miały miejsce nie na lewej ścianie, jak pisałem 1 czerwca, ale na ścianie prawej. Siła eksplozji wyrzuciła dym poza budynek, a wiejący wiatr zwiał go tak, jak widzimy na zamieszczonym 1 czerwca zdjęciu oraz animacji. Nie ulega wątpliwości, że źródło pochodzenia tego dymu nie ma zupełnie żadnego związku z samolotem, który uderzył co najmniej 150 metrów powyżej górnej granicy zaznaczonego obszaru.
Skoro więc eksplozje nastąpiły na prawej ścianie, a dym z nich pochodzący zdołał dołączyć do głównego obłoku dymu, a nawet nieco go wyprzedzić, jasne jest, że eksplozje w tym obszarze musiały nastąpić kilka sekund przed uderzeniem w wieżę samolotu. Gdyby eksplozje nastąpiły równocześnie, dym z zaznaczonego obszaru wyraźnie zostałby w tyle w stosunku do głównego obłoku dymu, ponieważ miał on do przebycia dłuższą drogę - musiał przebyć całą szerokość ściany zanim nastąpiły główne eksplozje. Kilkusekundowe wyprzedzenie w czasie pozwoliło mu na dołączenie do głównej eksplozji.

Zróbmy jeszcze proste obliczenie. Wiadomo, że ściany WTC miały szerokość 64 metrów. Powierzchnia jednej kondygnacji wynosiła zatem 64x64=4096 m2. Oczywiście powierzchnia użytkowa była mniejsza, ale chodzi mi o pokazanie pewnej zależności. Przyjmijmy następnie, że w zbiornikach uderzającego w wieżę Boeinga 767 znajdowało się 35 ton paliwa. Nie znam gęstości paliwa lotniczego, ale przyjmuję, że jest ona mniej więcej równa gęstości wody, czyli 1 kg = (w przybliżeniu) 1 litr. Rozlejmy wirtualnie 35,000 litrów paliwa na powierzchni 4096 m2. Cała jedna kondygnacja zostałaby pokryta równomiernie warstwą paliwa o grubości około 0,85 centymetra (około 8,5 litra paliwa na m2), co jest ilością raczej niewielką. Biorąc pod uwagę to, że w wyniku uderzenia samolotu paliwo zostałoby rozproszone na kilku kondygnacjach zarówno na podłodze, jak i ścianach, sufitach i różnego rodzaju wyposażeniu oraz to, że znaczna jego ilość zostałaby spalona w ciągu kilkunastu sekund po uderzeniu w wieżę, między bajki trzeba włożyć historię o tym, że palące się paliwo lotnicze zdołało rozgrzać do temperatury plastyczności stalowe konstrukcje nośne wież, osłonięte w dodatku przez beton, marmury, wykładziny, elewacje, materiały zabezpieczające i tak dalej.

Wszelkie oficjalne wyjaśnienia wydarzeń z 11 września 2001 roku przypominają mi scenę z filmu Monty Python i Święty Graal, kiedy jeden z rycerzy kończy wyjaśnianie pewnej teorii królowi Arturowi słowami: "I stąd wiemy, że Ziemia ma kształt banana". Niestety, wielu ludzi bez zastrzeżeń przyjmuje oficjalną wersję wydarzeń z 11 września 2001 roku ignorując podstawowe fakty i wierząc, że Ziemia rzeczywiście ma kształt banana.

Wygenerowano w sekund: 0.01
2,420,655 Unikalnych wizyt