10 USA 9/11: Data publikacji: 2 listopada 2005 roku

Ataki na USA z 11 września 2001 roku,
czyli o samolotach których nie było.

Data publikacji: 2 listopada 2005 roku

W Rzeczpospolitej z dnia 9 września 2005 roku został wydrukowany artykuł Czterdzieści gwiazd Ameryki, którego autorem jest Piotr Gillert. Jak można się domyśleć, artykuł dotyczy wydarzeń z 11 września 2001 roku, a dokładnie lotu UA93 z Nowego Jorku do San Francisco, który zakończył się katastrofą w Pensylwanii. Na przykładzie tego artykułu przyjrzymy się tematowi do tej pory nie omawianemu przeze mnie, a mianowicie epizodowi nazywanemu "lotem bohaterów". Zobaczymy w tym świetle, jakimi "informacjami" karmią nas oficjalne media.

Autor rozpoczyna artykuł od krótkiego wprowadzenia mówiąc o bohaterstwie strażaków i ratowników oraz o tym, jak to dwa porwane samoloty wbiły się w wieże WTC a trzeci obrócił w ruinę całe skrzydło Pentagonu. Polecam obejrzenie zdjęcia wykonanego kilka dni po 11 września. Nie wiem jak inni ludzie, ale ja nie widzę tam skrzydła Pentagonu obróconego w ruinę. Widzę zamiast tego zawalony na odcinku około 30 metrów fragment zewnętrznego pierścienia Pentagonu oraz osmalone przez ogień ściany i dachy. Co ciekawe, ślady ognia na dachach widać na całej długości ciągnących się w głąb budynku segmentów. Skąd na dachach w środku Pentagonu wziął się ogień? Dlaczego śladów ognia nie ma na dachach kolejnych wewnętrznych pierścieni Pentagonu, a są na dwóch segmentach odgradzających segment, w który trafiło to "coś"?
Jak wiadomo, w wyniku uderzenia "samolotu" w ścianach Pentagonu zostały wybite zmniejszające się otwory, z których największy o średnicy około 4,5 metra znajdował się w zewnętrznej ścianie. Zawalenie się fragmentu zewnętrznego segmentu Pentagonu nastąpiło około 20 minut po uderzeniu, tak więc nie ma mowy o tym, żeby została zniszczona konstrukcja nośna segmentów o czym świadczy chociażby zamieszczone powyżej zdjęcie, na którym widać, że mimo upływu kilku dni uszkodzone segmenty w dalszym ciągu stoją. Uszkodzenia pozostałych dwóch segmentów były jeszcze mniejsze i z całą pewnością nie groziły zawaleniem - nawet nie było tam pożaru, o czym świadczy brak śladów ognia na ścianach i dachach. Tym samym musi budzić niepokój fakt, że te trzy segmenty zostały całkowicie wyburzone, a w ich miejscu od podstaw postawiono nowe segmenty. Nie chodziło bynajmniej o usunięcie rzeczywistych uszkodzeń, ale o całkowite zniszczenie dowodów mogących pomóc w odpowiedzi na pytanie, co rzeczywiście uderzyło w Pentagon. Można to zobaczyć na zamieszczonym zdjęciu.
Wróćmy do artykułu. Autor stwierdza, że celem ataku porwanego samolotu był prawdopodobnie Biały Dom lub Pentagon. Nie doszło do kolejnej tragedii dzięki temu, że nie dopuścili do tego pasażerowie. Zatrzymajmy się dłużej przy tym wątku.
Wersja wydarzeń przedstawiona w artykule mówi, że po tym jak pasażerowie dowiedzieli się że zostali porwani, sięgnęli po telefony komórkowe dzwoniąc do bliskich i znajomych, od których dowiedzieli się o wydarzeniach w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Dziwne jest, że nikt z ziemi nie zadzwonił do nich jako pierwszy. W normalnych warunkach prowadzenie rozmów przez telefony komórkowe z pokładu lecącego samolotu jest niemożliwe, ponieważ w telefonii GSM prowadzenie rozmów przez telefon komórkowy możliwe jest przy prędkościach do około 160 km/h. Ponadto wykonany z metalu samolot znacznie tłumi fale elektromagnetyczne. Możemy oczywiście przyjąć, że samolot wyposażony był w tzw. stację bazową telefonii komórkowej i takie rozwiązanie umożliwiłoby łączność z ziemią. Jednakże w obliczu ogromnych kłopotów finansowych amerykańskich linii lotniczych wydaje mi się mało prawdopodobne, aby taka możliwość była dostępna dla zwykłych pasażerów. Dla porównania - obecnie w Europie zaledwie jeden przewoźnik lotniczy testuje rozwiązania mające umożliwić prowadzenie rozmów z użyciem telefonów komórkowych w czasie lotu. Nie wydaje mi się, żeby w USA takie rozwiązania były powszechnie stosowane.
Trzeba również zadać pytanie, w jaki sposób powstały nagrania rozmów z telefonów komórkowych? Czy fakt ich zaistnienia oznacza, że amerykańscy operatorzy sieci komórkowych nagrywają wszystkie rozmowy?
Postawmy się teraz na miejscu pasażerów rzekomo porwanego przez terrorystów samolotu. Wyobraźmy sobie, że jest piękne, słoneczne przedpołudnie, siedzimy sobie wraz z czterdziestoma innymi pasażerami wygodnie w swoich fotelach w lecącym na wysokości 10,000 metrów samolocie. Nagle jak grom z jasnego nieba spada na nas informacja, że jesteśmy porwani. Niedługo potem dowiadujemy się o wieżach WTC i Pentagonie - Ameryka w ogniu! Staje się dla nas jasne, że i my zmierzamy do bliżej nieokreślonego celu, gdzie wszyscy zostaniemy zabici. Jakie emocje wywoła w nas to wszystko? Strach, przerażenie, panika - to są naturalne emocje w sytuacji zagrożenia życia. I nie trzeba tu przedstawiać naukowych dowodów - wystarczy popatrzeć na postępowanie ludzi w Nowym Orleanie po niedawnym przejściu huraganu Katrina. W sytuacji zagrożenia życia normą stały się tam grabieże, gwałty i zabójstwa - ludzie obrócili się przeciwko sobie dosłownie skacząc sobie do gardeł, żeby tylko przeżyć. Bardzo znamienne są słowa jednego z mieszkańców Nowego Orleanu: "Kradniemy jedzenie jedni drugim, żeby przeżyć" - oto człowiek w sytuacji zagrożenia życia. Tymczasem na pokładzie Boeinga 757, lot UA93 panuje niemal sielanka. Co więcej, pasażerowie organizują się w akcji obronnej mającej na celu odbicie samolotu z rąk terrorystów i przejęcie nad nim kontroli. Oczywiście o wszystkim informują swoich bliskich na ziemi, dyskutują na temat akcji, szukają odpowiednich pomysłów. Czy taka postawa ludzi w takiej sytuacji jest możliwa? Moim zdaniem nie jest możliwa. To, że tak wielu ludzi wierzy w te opowieści wynika z faktu, że obejrzeli w swoim życiu dziesiątki kiczowatych, amerykańskich filmów, w których pojedynczy człowiek lub mała grupa ludzi naraża bezinteresownie swoje życie ratując przed zagładą Stany Zjednoczone lub całą ludzkość. Podświadomość miliardów ludzi na Ziemi przyjęła opowieści z 11 września 2001 roku jako pasujące do dziesiątek poznanych wcześniej fikcyjnych wzorców i zakwalifikowała je jako prawdziwe. Tymczasem jednak opowieść o 40 amerykańskich bohaterach lotu UA93 nie wykracza poza ramy amerykańskiego kiczu filmowego.
Pozostańmy w dalszym ciągu na pokładzie naszego samolotu. Pasażerowie wiedzą, że samolot został porwany przez gotowych zginąć terrorystów. Wiedzą więc, że terroryści ze swoim zdrowiem i życiem liczyć się nie będą, bo i tak są gotowi na śmierć. Wiedzą również, że prawdopodobnie zabarykadowali się oni w kabinie pilotów. W jaki sposób my będąc na miejscu tych pasażerów przy pomocy gołych rąk lub ewentualnie telefonów komórkowych czy laptopów przejęlibyśmy kontrolę nad samolotem? W jaki sposób dostalibyśmy się do szczelnie zamkniętej kabiny pilotów i w jaki sposób obezwładnilibyśmy zaprawionych w walce i zabijaniu terrorystów? Co dałoby nam przejęcie kontroli nad samolotem w sytuacji, kiedy nikt z nas nie umiałby go pilotować, a próba przejęcia kontroli nad jego sterami mogłaby na przykład doprowadzić do uderzenia samolotu w jakieś miasteczko i zrównania go z ziemią?
Idąc dalej, terroryści widząc działania pasażerów, postanawiają zrezygnować z akcji i po prostu rozbić samolot. Czy tak działają fanatyczni, islamscy terroryści? To tak jakby japoński kamikadze zawrócił z akcji bojowej tłumacząc, że się rozmyślił. Gdyby nawet sytuacja zmusiła terrorystów do zmiany pierwotnych planów, to z całą pewnością zrobiliby wszystko, żeby uderzyć w najbliższe miasto, duży zakład przemysłowy czy elektrownię. Ale oni na miejsce katastrofy wybierają znajdującą się gdzieś w Pensylwanii małą mieścinę Shanksville, a dokładniej znajdującą się niedaleko lasu łąkę. Tak więc ważący około 100 ton pasażerski Boeing 757 z 40 pasażerami na pokładzie i około 30 tonami paliwa w zbiornikach z prędkością około 900 km/h uderza w ziemię - rzekomo prawie pod kątem prostym.
Autor wspomnianego przeze mnie artykułu powołuje się na wspomnienia jednej ze starszych mieszkanek Shanksville, która w reakcji na huk jaki wstrząsnął jej domem prosi męża, aby sprawdził czy to przypadkiem nie bojler (!) Kto z nas skojarzyłby odgłos spadającego, a następnie uderzającego w ziemię Boeinga z psującym się bojlerem? Chyba każdy człowiek żyjący w miarę cywilizowanym kraju potrafi odróżnić odgłos lecącego odrzutowca od odgłosu psującego się bojlera. Skoro owa pani skojarzyła to inaczej, to trzeba raczej przyjąć, że ów obiekt który uderzył w ziemię nie wydawał odgłosów, jakie wydaje duży samolot pasażerski spadający w kierunku ziemi.
W artykule małe dziecko, oglądając z mamą miejsce katastrofy pyta ją o to, gdzie jest samolot. Autor artykułu spieszy z odpowiedzią, że samolotu nie ma, bo poza grudami stopionego metalu i niewielkimi elementami wyposażenia i ludzkich szczątków nic z niego nie zostało. Pozostałości samolotu pozbierano, ludzkie szczątki skremowano i tyle. Przyjrzyjmy się dokładniej temu tematowi.

pens01.JPGZamieszczone obok zdjęcie przedstawia ślad w ziemi pozostawiony rzekomo przez skrzydła i kadłub rozbitego Boeinga 757. Wspomnę o trzech rzeczach widocznych na tym zdjęciu.
Zdjęcie zostało wykonane z powietrza, z prawej strony z przodu, patrząc z pozycji samolotu. Boeing 757 jest dolnopłatem, czyli jego skrzydła znajdują się pod kadłubem. Pod skrzydłami znajdują się silniki - jeden silnik na każdym skrzydle. Patrząc na zdjęcie, po lewej stronie od śladu pozostawionego przez skrzydła samolotu powinny być dwa ślady powstałe w wyniku uderzenia w ziemię silników. Ale jak widać, tych śladów nie ma.
Drugą sprawą jest prawie całkowity brak śladów palenia się około 30 ton paliwa. Skoro samolot rozpadł się na małe fragmenty, paliwo powinno się było zapalić i rozprysnąć wokół miejsca uderzenia, pozostawiając wyraźne ślady po pożarze. Na zdjęciu widzimy w miarę jednolite podłoże bez śladów oddziaływania ognia.
Trzecia sprawa. Ślad pozostawiony przez samolot powinien tworzyć jedną całość, jedno wgłębienie. Tymczasem widać wyraźnie, że krater powstały w wyniku uderzenia w ziemię kadłuba samolotu jest wyraźnie oddzielony ścianą ziemi od śladów obydwu skrzydeł. Spadający samolot uderzyłby najpierw kadłubem, wytworzyłby krater - a więc i ściany - które jednak zostałyby zniszczone przez uderzenie skrzydeł. Na zdjęciu jest jednak inaczej - skrzydła uderzyły w ziemię, ale ściany krateru w miejscu styku ze śladami skrzydeł w dalszym ciągu stoją jak stały. Wygląda to tak, jakby w ziemię najpierw uderzyły skrzydła, a następnie kadłub, co oczywiście jest niemożliwe.
Powyższe spostrzeżenia w mojej ocenie nie pozostawiają wątpliwości, że to co widzimy na zdjęciu nie może być obrazem rzeczywistych skutków katastrofy samolotu UA lot 93.

Obraz tego, jak powinno wyglądać rzeczywiste miejsce takiej katastrofy dostarcza nam jeden z odcinków serialu dokumentalnego produkcji amerykańskiej z cyklu What went wrong (Co poszło źle), przedstawiającego różnego rodzaju rzeczywiste katastrofy. Film ten obejrzałem 23 września tego roku na kanale RealityTV.
W filmie przedstawiona jest historia katastrofy lotniczej, jaka miała miejsce w USA w roku 1999. Niewątpliwą zaletą filmu jest dokładne opisanie przebiegu wypadków oraz autentyczne zdjęcia samego samolotu, jak i miejsca jego katastrofy. Do dzisiaj nie udało się rozwiązać zagadki tego wypadku i ustalić jego przyczyn.
Nie jest istotne, skąd wystartował ten samolot i dokąd leciał. Najważniejsze jest to, że tym samolotem był niewielki, odrzutowy, dwusilnikowy samolot typu Lear Jet 35 z 6 osobami na pokładzie. Kapitan samolotu po starcie i osiągnięciu wysokości przelotowej poprosił kontrolera lotów o zezwolenie na zwiększenie pułapu lotu. Zezwolenie to otrzymał i rozpoczął wznoszenie. Po jakimś czasie kontrolera zaniepokoiło to, że samolot mimo osiągnięcia nowego pułapu w dalszym ciągu wznosił się oraz nie zmienił trasy swojego lotu według planu. Próby nawiązania łączności radiowej z samolotem zakończyły się niepowodzeniem. Obawiając się możliwości wykorzystania samolotu w zamachu, wysłano do jego przechwycenia lub ewentualnego zestrzelenia dwa myśliwce. Piloci po dotarciu do samolotu stwierdzili oblodzenie szyb samolotu, co oznaczało dekompresję kabiny i praktycznie śmierć wszystkich ludzi znajdujących się na pokładzie. Ponieważ na kierunku lotu samolotu na ziemi nie znajdowały się ważne obiekty strategiczne ani większe miasta, którym upadek samolotu mógłby zagrozić, zdecydowano że myśliwce będą towarzyszyć samolotowi i ewentualnie reagować, gdyby wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Przyjęto, że prawdopodobnie wszyscy ludzie na pokładzie samolotu nie żyją i postanowiono, że jeżeli nie wydarzy się nic nowego, samolot będzie kontynuował lot do czasu całkowitego wyczerpania się paliwa. W przybliżeniu określono pozostały czas lotu oraz miejsce upadku samolotu. I tak też się stało. Paliwo w końcu wyczerpało się i ważący około 5 ton samolot rozpoczął swobodny spadek w kierunku ziemi z wysokości ponad 11,000 metrów. Samolot prawdopodobnie spadał w wąskim korkociągu i uderzył w pastwisko z prędkością ponad 950 km/h.
W wyniku uderzenia w ziemi został wybity krater o obwodzie lekko eliptycznym (spadający bezwładnie samolot nigdy nie uderzy w ziemię pod kątem prostym), głębokości 3 metrów i średnicy kilkunastu metrów. Nie było mowy o jakichkolwiek śladach po uderzeniu skrzydeł. W ziemi powstał prawie okrągły lej o średnicy większej niż rozpiętość skrzydeł samolotu. Na zdjęciach widać było duże, brązowe darnie ziemi o średnicy kilkudziesięciu centymetrów rozrzucone wokół krateru i w nim samym. Siła uderzenia była tak ogromna, że większość samolotu rozpadła się na kawałki tak małe, że nie było możliwe stwierdzenie jaką były częścią samolotu, które dodatkowo zostały rozrzucone siłą uderzenia w promieniu kilkuset metrów. Nie znaleziono szczątków ciał pasażerów - siła uderzenia rozerwała je na kawałeczki, mieszając z ziemią i szczątkami samolotu. Co ciekawe, katastrofę przetrwała butla z tlenem umieszczona w dziobie samolotu, rejestrator rozmów w kabinie pilotów oraz pompa odpowiadająca za wyrównywanie ciśnienia w kabinie.
W Pensylwanii jak się okazuje znaleziono czarną skrzynkę z samolotu, ale jest dla mnie jasne, że nie pochodziła ona z lotu UA93.
O ile w przypadku małego samolotu Lear Jet 35 nie dziwi to, że po samolocie i ludziach prawie nic nie zostało, o tyle może to dziwić w przypadku Boeinga 757, którego długość jest ponad 3-krotnie większa. Wydaje się oczywiste, że mierzący blisko 50 metrów kadłub powinien był w pewnej części zamortyzować uderzenie w ziemię ogonowej części samolotu, w wyniku czego powinny ocaleć sporych rozmiarów elementy części ogonowej samolotu i być może również innych elementów wyposażenia. Ale nie ma dowodów na to, że tak się stało. Dzieła zniszczenia mógł dokonać pożar paliwa, ale jak widać, w miejscu katastrofy prawie nie ma śladów pożaru.
Widzimy, że obydwa wypadki wydarzyły się w bardzo podobnych warunkach. Wiemy, jakie są rzeczywiste skutki uderzenia w ziemię samolotu ważącego około 5 ton - i co ważne: nie mającego w swoich zbiornikach paliwa - uderzającego w ziemię z prędkością ponad 950 km/h. Spróbujmy wywnioskować, jakie powinny być skutki uderzenia ważącego ponad 20 razy więcej samolotu z 30 tonami paliwa w zbiornikach uderzającego w ziemię z podobną prędkością.
Wyjdziemy z najprostszych założeń, ale mam nadzieję, że dadzą one wyniki w miarę dobrze oddające rzeczywistość. Energię kinetyczną obydwu samolotów w momencie uderzenia w ziemię można obliczyć ze wzoru Ek=(m * V^2)/2, gdzie m - masa ciała, V - prędkość. Ponieważ prędkości były zbliżone, więc decydujące znaczenie ma tu ogromna różnica w masach samolotów. Ponieważ masa samolotu z 11 września jest około 20 razy większa, więc również o tyle jest większa energia, jaką on posiada. Myśląc "liniowo" należałoby przyjąć, że skutki jego uderzenia będą takie, jak samolotu Lear Jet 35 * 20. Nie jest to raczej dobre rozwiązanie i trudno mi tutaj przedstawić matematyczne rozwiązanie tego problemu. Nie można bowiem przyjąć, że Boeing 757 mógłby wybić krater o głębokości 60 metrów i średnicy ponad 200 metrów, ponieważ ziemia nie ma raczej jednakowej struktury do takiej głębokości. Myślę, że można przyjąć średnicę krateru wynoszącą co najmniej 50 metrów i głębokość krateru wynoszącą co najmniej 15 metrów. Mówiąc obrazowo, powierzchnia wybitego krateru byłaby równa co najmniej połowie powierzchni podstawy każdej z wież WTC.
Skoro samolot mógłby wybić w ziemi krater o głębokości 15 metrów, to jest dla mnie oczywiste, że posiadające wielokrotnie mniejszą średnią gęstość wieże WTC nie byłyby w stanie zatrzymać w swoim wnętrzu rzeczywistych samolotów Boeing 767, gdyby te rzeczywiście w nie uderzyły. Samoloty te powinny były przebić się przez wieże, ale to jak wiemy nie nastąpiło. Co więcej, chociaż wieże WTC miały niejednorodną strukturę, to jednak powinniśmy widzieć w miarę wyraźne rozłożenie uszkodzeń wież. Ponieważ największa część masy samolotu skoncentrowana jest w kadłubie, więc uszkodzenia w wieżach WTC powinny sięgać najdalej w miejscach uderzenia kadłuba samolotu, a im dalej od niego tym uszkodzenia powinny być mniejsze, powinny być obserwowane na mniejszej głębokości w głąb budynków. Ale nic takiego nie ma miejsca: z wież WTC zioną czarne jamy o jednakowej głębokości zniszczeń ginących gdzieś wewnątrz budynków.
Jeśli ktoś z Czytelników jest w stanie przedstawić matematyczne obliczenia skutków potencjalnego uderzenia w ziemię samolotu o parametrach jak wyżej, proszę o kontakt - chętnie je zamieszczę.
W dalszej części artykułu autor wspomina o tym, ze cały teren katastrofy ogrodzony jest siatką. Na ogrodzony teren wstęp mają tylko rodziny ofiar - reszta musi się trzymać w bezpiecznej odległości, a w razie nie zastosowania się do polecenia do akcji wkraczają strażnicy pilnujący tego miejsca. O fotografowaniu pewnie też nie ma mowy. Czy to jest normalne? Raczej nie. To tak, jakby na przykład obozy koncentracyjne udostępnić tylko rodzinom tam pomordowanych - a dla reszty zakaz wchodzenia. Czy mamy rozumieć, że jeśli kiedyś zabraknie bliskich tych ofiar, to nikt nie zostanie wpuszczony poza ogrodzenie? A może pewnego dnia miejsce katastrofy zostanie całkowicie zlikwidowane?
Autor porusza również sprawę kultu, jaki ma tam miejsce. Przybywają tam tłumy turystów, zostawiają masę kwiatów, maskotek, pamiątek, słuchają opowieści miejscowych o bohaterskich Amerykanach, którzy poświęcili swoje życie dla ratowania innych. Przejawy zaangażowania w tworzenie i podtrzymywanie kultu bohaterów mają moim zdaniem rozmiary religijnej histerii. Oto jeden z księży (!) wybudował z datków kaplicę dla wszystkich wyznań i religii, w której umieszcza wszelkie pamiątki związane z "bohaterami". To niemal tak, jakby oddawać boską cześć tym ludziom. A raczej nie ludziom, tylko medialnej fikcji. Czy to jest normalne?

Czytuję od czasu do czasu Rzeczpospolitą i uważam pojawienie się w niej artykułu, w którym zupełnie nie ma nawet odrobiny obiektywnego krytycyzmu wobec poruszanych tematów za poważną wpadkę dziennika o wydawałoby się ugruntowanej renomie i odpowiednim poziomie merytorycznym. Ciekawe co jeszcze jest w stanie pojawić się na łamach tego dziennika.

Dla przeciwwagi muszę odnotować pojawienie się w Rzeczpospolitej z dnia 10 września 2005 roku znakomitego artykułu Zbigniewa Brzezińskiego Bomba jest gdzie indziej. Zachęcam do jego przeczytania.

Wygenerowano w sekund: 0.01
2,431,826 Unikalnych wizyt