11 USA 9/11: Data publikacji: 1 grudnia 2005 roku

Ataki na USA z 11 września 2001 roku,
czyli o samolotach których nie było.

Data publikacji: 1 grudnia 2005 roku

Nic, co wygląda dobrze z daleka, nie wygląda dobrze z bliska - mówi jedno z praw Murphy'ego. Przyjrzyjmy się z bliska niektórym zdjęciom z 11 września 2001 roku.

wtc35.jpgwtc34.jpgNa pierwszym zdjęciu z lewej strony widzimy drugi samolot zmierzający w kierunku południowej wieży WTC. Z daleka wszystko wydaje się wyglądać dobrze. Powiększenie samolotu widoczne na drugim zdjęciu pokazuje, że jednak coś nie jest w porządku. Uwagę zwraca dziwny kształt widoczny poniżej kadłuba samolotu. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jest to silnik, ale tak nie jest. Niezależnie od kąta, pod jakim zostałoby wykonane to ujęcie, niezależnie od usytuowania kamery czy aparatu względem samolotu trzeba pamiętać o tym, że silnik ma ułożenie równoległe do kadłuba samolotu. Na zdjęciach jednak tak nie jest. Nie jest to efektem kompresji filmu, ponieważ taki obraz widoczny jest na wszystkich klatkach, na których samolot jest przechylony. Nie jest to również żadna wyrzutnia rakiet czy inne tego typu wynalazki. Jest to z pewnością rezultat niedbale wykonanej animacji. Uwagę zwraca również prawie czarny kolor samolotu.

wtc36.jpgKolejne zamieszczone zdjęcie przedstawia z innego ujęcia rzekomo ten sam samolot tuż przed uderzeniem w wieżę. Jak widać, tutaj samolot również nie ma większej części prawego skrzydła, trudno też dostrzec nawet ślady silników.
Przy oglądaniu tego filmu klatka po klatce widać wyraźnie nienaturalne przemieszczanie się samolotu. Tuż przed uderzeniem w wieżę samolot przesuwa się równolegle do toru lotu lekko w górę nie wykonując żadnego manewru.
Na zdjęciu widać wyraźnie, że dziób samolotu znajduje się wyżej niż ogon co oznacza, że samolot znajduje się w locie wznoszącym - na zdjęciu naniosłem odpowiednie linie ilustrujące ten fakt. Dzięki temu filmowi mamy już komplet filmów z drugim samolotem: na niektórych filmach samolot tuż przed uderzeniem w wieżę znajduje się w locie opadającym, na innych w locie horyzontalnym a na jeszcze innych w locie wznoszącym. Zbyt duża różnorodność jak na jeden samolot znajdujący się w tym samym miejscu.


wtc37.jpg

Na kolejnym zdjęciu moją uwagę zwróciły nienaturalne linie biegnące wzdłuż pionowych krawędzi ścian północnej wieży WTC. Po lewej stronie widzimy białą linię, po prawej czarną. Co prawda narożniki wież WTC były ścięte i wyłożone jasną blachą, ale kamera w pozycji jak na zdjęciu znajdowała się prawie dokładnie w płaszczyźnie narożnika, tak więc nie mogło być obserwowane odbicie słońca od blachy.
Jak widzimy na powiększeniu fragmentu zdjęcia, samolot znikający za krawędzią wieży północnej zasłania krawędź wieży. Tymczasem z uwagi na fakt, że po prawej stronie wież to samolot był obiektem znajdującym się najdalej, to właśnie krawędź wieży powinna była przesłonić samolot.
Niezgodności te moim zdaniem wynikają z faktu nałożenia na główny plan ujęcia obrazu północnej wieży WTC, co spowodowało powstanie efektu "halo" w postaci linii, jak również z niedokładnej animacji lecącego samolotu.



wtc38.jpg

Kolejne zdjęcie pochodzi ze znanego nam już filmu. Na prezentowanym zdjęciu samolot zniknął już wewnątrz południowej wieży WTC. Znajdujący się na pierwszym planie mężczyzna jak widać nie usłyszał ani odgłosu nadlatującego około 300 metrów nad jego głową ważącego sto kilkadziesiąt ton Boeinga 767, którego silniki pracowały prawie na pełnej mocy, ani też nie usłyszał żadnego dźwięku, kiedy samolot przelatywał prawie dokładnie nad nim, ani też nie usłyszał odgłosu jego uderzenia w wieżę - mężczyzna w dalszym ciągu patrzy przed siebie, co oznacza, że nic nad jego głową nie zwróciło jego uwagi.
Jak już wspomniałem, samolot zniknął już w wieży. Rezultatem jego uderzenia w wieżę jest jedynie niewielki obłok dymu widoczny na ścianie po lewej stronie. Nie ma śladów ognia, nie widać żadnych spadających odłamków rozbitego samolotu i szczątków ściany wieży uszkodzonej w wyniku uderzenia. Tak więc poza powstaniem niewielkiego dymu nie wydarzyło się nic. Na dalszych klatkach widać, jak mężczyzna podnosi głowę do góry. Jego uwagę zwrócił prawdopodobnie odgłos eksplozji na ścianie, w którą rzekomo uderzył samolot. Samego samolotu mężczyzna znajdujący się około 300 metrów poniżej niego ani nie widział, ani nie słyszał.
Znalazłem w Internecie krótki film, w którym jeden z zaproszonych do telewizji ABC gości oglądając film z którego pochodzi zamieszczone powyżej zdjęcie, a szczególnie obserwując sposób wnikania samolotu w wieżę stwierdza, że wygląda to jak spartaczony efekt specjalny.
W opracowaniu z 1 sierpnia 2005 roku zamieściłem animację, na podstawie której obliczyłem prędkość samolotu. Widać na niej wyraźnie, że na klatkach oznaczonych cyframi 1 i 2 pomimo uderzenia samolotu w wieżę nie ma żadnych efektów uderzenia. Niewielkie obłoki dymu zaczynają się pojawiać dopiero począwszy od klatki numer 3.



wtc39.jpg

Zachęcam do pobrania filmu przedstawiającego klatka po klatce eksplozje na ścianach południowej wieży WTC (plik avi, 2,5MB). Eksplozje, na które chcę zwrócić uwagę, oznaczyłem kolejnymi cyframi od 1 do 4.
Pierwszą sprawą, na którą należy zwrócić uwagę jest to, że eksplozje powstają w różnych miejscach. Niektóre eksplozje mają wręcz punktowy charakter. W przypadku eksplozji oznaczonej cyfrą 1 widać, że nie wykształca się charakterystyczne koliste czoło fali uderzeniowej. Powstały dym jest widocznie przedzielony prawdopodobnie przez kolumny ściany wieży WTC, co świadczy o małej sile eksplozji i jej źródle znajdującym się na samej ścianie lub w jej bezpośredniej bliskości lub też o kilku jej źródłach. Eksplozja oznaczona cyfrą 2 następuje dokładnie na narożniku ściany. Siła uderzeniowa eksplozji skierowana jest prostopadle do płaszczyzny elewacji narożnika, co świadczy o tym, że fala uderzeniowa poruszała się po torze zbliżonym do przekątnej wieży. Eksplozja numer 3 pojawia się znacznie później i jest umiejscowiona na środku ściany, w zupełnym oderwaniu od pozostałych eksplozji. Eksplozja numer 4 pojawia się jako ostatnia, przebijając się po kształtującym się już obłokiem ognia z eksplozji powyżej.
Nawet pobieżne obejrzenie tego filmu nie pozostawia wątpliwości, że obserwowane eksplozje nie mogą mieć jednego źródła. Obserwując dokładnie przebieg eksplozji można zauważyć w pewnej chwili wyhamowanie eksplozji skutkujących wytworzeniem dymu, a następnie gwałtowne pojawienie się eksplozji "morza ognia". Prawdopodobnie jest to celowy zabieg. Pierwsze eksplozje są jednie eksplozjami maskującymi (również te, które powstają na ścianie w którą uderzył samolot), po których następują znacznie potężniejsze eksplozje, prawdopodobnie umiejscowione w środku wież, których zadaniem było zniszczenie struktur nośnych wież. Na zamieszczonym powyżej zdjęciu widać wyraźnie, że elewacja narożnika wieży została zniszczona przez eksplozję skierowaną prostopadle do narożnika.
wtc40.jpgNa zdjęciu zamieszczonym obok widać eksplozje z innego ujęcia. Widać wyraźnie eksplozję oznaczoną na filmie cyfrą 4 oraz eksplozję na frontowej ścianie znacznie poniżej miejsca uderzenia samolotu.

Przeglądając filmy i zdjęcia z 11 września 2001 uwagę zwraca również istotne zjawisko, którego realizacja w rzeczywistości byłaby bardzo trudna. Mam tu na myśli występujące niemal powszechnie kąty proste oraz linie proste występujące w ścisłym powiązaniu z poruszającymi się samolotami i skutkami przez nie wywołanymi. A jak wiemy, rzeczywisty świat daleki jest od ideału.
Na zdjęciach przedstawiających atak na Pentagon widać, że obiekt uderzający w Pentagon przebił 6 specjalnie wzmacnianych ścian zewnętrznych trzech kolejnych kręgów oraz zapewne co najmniej kilkanaście ścian działowych znajdujących się wewnątrz budynku. We wszystkich ścianach wybił okrągłe otwory o zmniejszających się średnicach, co świadczy o wytracaniu przez obiekt prędkości. Ślad powstałych uszkodzeń był prawie równoległy do powierzchni ziemi, co oznacza, że pozioma płaszczyzna lecącego obiektu tworzyła ze ścianą Pentagonu kąt bardzo zbliżony do kąta prostego. Mówiąc inaczej, obiekt poruszał się niemal równolegle do powierzchni ziemi. Gdyby to był Boeing 757 lecący z prędkością około 850 km/h niecały metr nad ziemią, to biorąc pod uwagę jego duże rozmiary i niską jak na te warunki manewrowość, samolot musiałby ustabilizować lot o tych parametrach najpóźniej na 3 do 5 sekund przed uderzeniem w Pentagon. Oznaczałoby to, że musiałby przelecieć niecały metr nad ziemią z prędkością około 850 km/h na odcinku od około 700 do prawie 1200 metrów przed uderzeniem w Pentagon. Oznacza to, że rzeczywisty Boeing 757 na takim właśnie odcinku zmiótłby ze swojej drogi wszystko, co by się na niej znalazło. Biorąc pod uwagę to, że pilotowanie tak dużego samolotu tuż nad ziemią jest bardzo trudne lub nawet niemożliwe, samolot zanim doleciałby do Pentagonu, rozbiłby się o ziemię.
Przy okazji chcę zwrócić uwagę na pewien fakt. Pentagon, jako jeden z najlepiej strzeżonych obiektów w USA, jest otoczony strefą zamkniętą dla ruchu powietrznego, ma swoje własne systemy radiolokacyjne oraz sprzężone z nimi systemy obrony przeciwlotniczej. Oznacza to, że żaden podejrzany samolot nie byłby w stanie dolecieć nawet w pobliże Pentagonu. Ale 11 września 2001 roku system w ogóle nie zadziałał.
Samolot uderzający w północną wieżę prawdopodobnie również uderzył w nią pod kątem bardzo zbliżonym do prostego - co prawda nie ma dokładnego zapisu filmowego tego wypadku, ale prawie idealna jama ziejąca z wnętrza wieży świadczy o takim właśnie przebiegu zdarzenia.
Samolot uderzający w wieżę południową również uderzył w nią pod kątem niemal prostym. Można to zobaczyć na animacji, jaką zamieściłem w opracowaniu z 1 sierpnia 2005 roku. Widać na niej, że końcówka prawego skrzydła znika w wieży nieznacznie później niż końcówka lewego skrzydła. Świadczy to o tym, że samolot w chwili uderzenia w wierzę znajdował się przede wszystkim w przechyleniu na lewe skrzydło, a w bardzo małym stopniu poruszał się po łuku, w przeciwieństwie do tego, co mówi się w oficjalnej wersji. Uderzył on w wieżę poruszając się prawie po linii prostej, a jego pozioma płaszczyzna utworzyła z płaszczyzną ściany WTC kąt prawie prosty.
Również pod kątem prawie prostym uderzył w ziemię samolot w Pensylwanii. To wszystko wygląda zbyt dobrze jak na realia codziennego życia, a biorąc pod uwagę fakt, że za sterami samolotów siedzieli ludzie, którzy po raz pierwszy pilotowali takie maszyny, wobec widocznych faktów oficjalną wersję wydarzeń należy uznać za mrzonkę.



b747_lad3.jpgsam_lad.jpg

Proszę popatrzeć na zamieszczone kolejne dwa zdjęcia. W obydwu przypadkach widzimy podchodzące do lądowania duże, pasażerskie samoloty pilotowane przez bardzo doświadczonych pilotów wspomaganych przez kontrolerów lotów oraz systemy naprowadzania znajdujące się na trasie podejścia do lądowania oraz w samolotach. Trudnością, jaką musieli pokonać piloci był wiatr.
Pierwsze zdjęcie przedstawia znanego nam już z opracowania z dnia 17 maja 2005 roku Boeinga 747 podchodzącego do lądowania. Pod wpływem niezbyt mocnego, ale zmiennego wiatru bocznego wiejącego z lewej strony samolot został prawie wypchnięty znad pasa startowego. Widzimy, jak samolot leci lekkim skosem w lewo, aby znaleźć się nad pasem. Pilot w dalszej części schodzenia do lądowania musiał mocno skontrować maszynę sterami, aby zmieścić się na pasie.
Drugie zdjęcie przedstawia inny samolot podchodzący do lądowania przy silnym, bocznym wietrze wiejącym również z lewej strony. Pas startowy znajduje się pomiędzy grupami czerwonych świateł i biegnie w prawo skos wgłąb zdjęcia. Widać, jak dużą poprawkę musiał wziąć pilot, aby wiatr przepchnął samolot nad pas, a nie zdmuchnął go znad niego. W końcowej fazie lądowania pilot również musiał mocno skontrować samolot, gdyż wiejący wiatr wypchnąłby samolot znad pasa, a to oznaczałoby prawie pewną katastrofę. Gdyby pilot podchodził do lądowania na wprost, nie miałby szans wylądować na pasie.
Jak więc widać, nawet bardzo doświadczeni piloci często nie są w stanie nawet lądować wzdłuż linii prostych.
11 września 2001 roku wiatr co prawda nie był huraganowy, ale jednak był dosyć mocny. "Zielony" pilot samolotu uderzającego w południową wieżę w momencie wykonania przechyłu na lewe skrzydło dostałby mocny wiatr prawie prosto w skrzydła - to niemal tak, jak mocny podmuch wiatru w postawione żagle. Przy braku reakcji pilota i tak dużej prędkości samolotu taki podmuch wiatru w minimalny sposób zmieniłby tor lotu samolotu, a to z pewnością wystarczyłoby do wypchnięcia samolotu poza obrys południowej wieży kilkaset metrów dalej, w najlepszym wypadku samolot mógłby zahaczyć o nią lewym skrzydłem. Gdyby "zielony" pilot, który po raz pierwszy pilotował taki samolot, wykonał gwałtowny ruch sterami w celu skontrowania samolotu, prawdopodobnie minąłby wieżę z lewej strony i rozbiłby się o wieżę północną lub spadłby pomiędzy wieżami.
Zdjęcie lądującego Boeinga dosyć dobrze oddaje nam proporcje szerokości wież WTC w stosunku do rozmiarów samolotów. Widoczny na zdjęciu samolot to Boeing 747 - 400 o rozpiętości skrzydeł 64,4 metra, czyli prawie dokładnie takiej, jak szerokość ścian wież WTC. Pas, na którym ląduje, ma szerokość 50 metrów. Połowa szerokości tego pasa to zatem 25 metrów. Jak już wiemy, Boeingi 767 z 11 września w celu zmieszczenia się w wieżach razem ze skrzydłami, musiałyby uderzyć w pas o szerokości 20 - 22 metrów biegnący dokładnie środkiem ścian wież WTC, a to jest mniejsza szerokość niż szerokość połowy pasa startowego widocznego na zdjęciu. Jak widać na zdjęciach i filmach z 11 września, "zieloni" piloci nie tylko że zmieścili się w tym pasie, ale też uderzyli w wieże prawie pod kątami prostymi.
Porównując rzeczywiste zdjęcia i zdjęcia z 11 września 2001 roku staje się oczywiste, że całość manewrów samolotów z 11 września 2001 roku jest zbyt idealna, żeby mogła być prawdziwa.

Poniżej zamieszczam przykładowe zdjęcia "linii prostych".



wtc50.jpg

Zdjęcia przedstawiają północną wieżę WTC. Jak wiemy, samolot uderzył w nią pod kątem zbliżonym do prostego. Największy zbiornik paliwa w tego typu samolotach znajduje się w kadłubie pomiędzy skrzydłami. Kadłub znajdowałby się w okolicach środka dziury wytworzonej w wieży WTC w wyniku uderzenia i na wysokości kadłuba należałoby się spodziewać największego pożaru. Na pierwszym zdjęciu widać wyraźnie, że pożar ma miejsce kilka pięter wyżej i co więcej - obejmuje on tylko jedno piętro oraz fragment drugiego piętra kilka pięter wyżej, co znakomicie widać na drugim zdjęciu.
Strzałkami zaznaczyłem miejsca wydobywania się dymu ze ścian WTC. Widać, że miejsca te są rozrzucone po obydwu ścianach bez logicznego związku z samolotem. Paliwo w stanie ciekłym przecież nie uniosłoby się do góry, ale spływałoby w dół schodami, szybami wind, szybami wentylacyjnymi - i to właśnie na poziomie uderzenia samolotu i poniżej niego należałoby się spodziewać pożaru, a nie na wierzchołku wieży.
Na pierwszym zdjęciu uwagę zwraca również pięć dziwnych plam: trzy z nich znajdują się powyżej linii ognia, nieco w lewo od środka ściany, następna znajduje się nieco w prawo od środka wieży i nieco powyżej kolejnego piętra z ogniem i piąta, znajdująca się prawie na środku ściany na samej górze wieży, a dokładnie na jej górnym narożniku. Wygląda to na mechaniczne uszkodzenie ściany, ale trudno tu spekulować na temat przyczyn powstania tych uszkodzeń. Możemy stwierdzić z całą pewnością, że takich uszkodzeń uderzający w budynek samolot raczej nie powoduje.



wtc41.jpg

wtc42.jpg

Kolejne zdjęcie przedstawia południową wieżę WTC. Tutaj również główne źródło dymu tworzy linię prostą. Dokładniejsze przyjrzenie się zdjęciu prowadzi do wniosku, że pożar obejmuje tylko dwa piętra mimo tego, że uwzględniając przechylenie samolotu i to, że ciął on wieżę niczym przecinak, paliwo powinno się było znaleźć na co najmniej 5 - 6 piętrach. Ale jak widać, źródło dymu obejmuje dwa piętra. Pożar wygląda tak, jakby paląca się substancja została rozłożona równomiernie na tych piętrach.



wtc43.jpg

I ostatnie zdjęcie z tej serii. Jak widać, również zawalanie się wież odbywa się z użyciem linii prostych - czoło przesuwających się w dół zniszczeń na obydwu ścianach również tworzy linie proste. Bynajmniej nie w wyniku obrywania się stropów i spadania ich jeden na drugi w reakcji łańcuchowej. Zamieszczony jeden oraz drugi (pliki avi, 388KB oraz 591KB) film pokazują z bliska, dlaczego wieże runęły.
Zachęcam również do pobrania filmu z CNN (plik avi, 1,02MB), w którym widać skutki ogromnej eksplozji w okolicach wież w czasie, kiedy wieże jeszcze stały.



wtc45.jpg


Na niektórych zdjęciach z 11 września widać dziwne obiekty unoszące się w powietrzu w pobliżu wież WTC. Poniżej zamieszczam dwa przykładowe zdjęciach tych obiektów.
Jest niemal pewne, że na dwóch zdjęciach powyżej widzimy śmigłowce. Ale są też zdjęcia, na których widoczne obiekty z całą pewnością nie są śmigłowcami. Poniżej zamieszczam kilka takich zdjęć. Na tych zdjęciach widzimy prawdopodobnie niewielkie, bezzałogowe, zdalnie sterowane aparaty latające, które w normalnych warunkach wykorzystywane są na przykład do rozpoznania terenu, wykonywania zdjęć czy też wykonywania innych misji, przede wszystkim bojowych, bo są to aparaty wykorzystywane głównie przez wojsko.



wtc44.jpg

wtc46.jpgwtc47.jpg
wtc48.jpgwtc49.jpg


b-25_esb_28071945_1.jpgDziękuję jednemu z Czytelników za nadesłanie adresu strony www z artykułem dokładnie opisującym przebieg i skutki wypadku, do jakiego doszło 28 lipca 1945 roku. Tego dnia amerykański bombowiec B-25 w czasie lotu nad Nowym Jorkiem uderzył w budynek Empire State Building. Zamieszczam tu tylko najbardziej wymowne fragmenty tego artykułu. Czytając, postarajmy się je odnieść do wydarzeń z 11 września 2001 roku mając na uwadze masy i prędkości samolotów. Bombowiec B-25 ważył 11 ton i uderzył w wieżowiec z prędkością 320 km/h. Pasażerskie Boeingi 767 z 11 września 2001 roku ważyły po około 150 ton i uderzyły w wieże WTC z prędkością około 850 km/h. Przyjmując takie założenia należy zdać sobie sprawę z tego, że siła uderzenia każdego z Boeingów z 11 września 2001 roku byłaby prawie 100 razy większa (!) niż siła uderzenia bombowca B-25. Rozpiętość skrzydeł bombowca B-25 to 20,59 metra.

Maszyna zderza się z fasadą północną 280 metrów ponad 34. Ulicą, na wysokości szybów windowych, wybijając tam dziurę o wymiarach około 5,5 na 6 metrów. Zderzenie rozrywa skrzydła samolotu na strzępy, które spadają wokół wieżowca niczym bomby. To, co pozostało z kadłuba po zderzeniu, sunie jak olbrzymi pocisk przez szerokie na 25 metrów piętro i przebija leżącą naprzeciwko fasadę południową. Gruz, szczątki maszyny szkło i jeden z silników spadają na 33. Ulicę.

Gigantyczna konstrukcja chwieje się dwukrotnie.

b-25_esb_28071945_2.jpgDziwne, że na tak zdemolowanych piętrach nadal funkcjonuje główny wodociąg. Z mierzącego 100 kilometrów systemu przewodów żadna z ważnych rur nie została zniszczona. Strażacy mogą zatem podłączyć wielki agregat gaśniczy i od razu przystąpić do zmasowanego ataku na pożar.

Manhattan, dzień później. Nowojorczycy wpatrują się w osmoloną dziurę w północnej fasadzie najwyższego budynku świata. Wielu z nich wyraża zdziwienie, że to niesamowite zderzenie nie wyrządziło znaczących szkód w statyce drapacza chmur.

Ale już wkrótce prezes spółki właścicieli i użytkowników Empire State Building, Hugh. A. Drum, oświadczy, że wieżowiec nie doznał żadnych strukturalnych uszkodzeń.

Naprawy potrwają dwanaście miesięcy. Potem Empire State Building znowu stoi tak, jakby nic się nie wydarzyło.


Zamieszczam dwa zdjęcia z tego wypadku. Cały artykuł można przeczytać na stronie http://www.budowle.pl/artykuly/art_8.php

Wygenerowano w sekund: 0.01
2,420,649 Unikalnych wizyt