Amerykański kreacjonizm rzeczywistości

Data publikacji: 5 kwietnia 2007 roku

Teoria fal Elliotta w postaci przedstawionej przez panów Frosta i Prechtera jawiła mi się jako wspaniałe, uniwersalne, proste i jasne przesłanie – kiedy trwa trend wzrostowy wysokiego stopnia, całe społeczeństwo odnosi z tego konkretne korzyści: następuje rozwój gospodarki, powstają nowe miejsca pracy, ludzie dobrze zarabiają, stać ich na dostatnie życie, dobre wykształcenie, opiekę zdrowotną, rozrywki. Rośnie poziom świadomości i kultury społecznej, zmniejszają się zjawiska patologiczne, zwiększa się zasięg demokracji i wolności słowa. Przy fali spadkowej wysokiego stopnia oczywiście następuje eskalacja zjawisk negatywnych. Obserwując świat doszedłem jednak do wniosku, że w dużej części nie jest to prawdą.

Przyjrzyjmy się ogólnej sytuacji amerykańskiego społeczeństwa w kontekście rozpoczętej według mnie w roku 1982 na DJIA wzrostowej fali III wysokiego stopnia. Fala ta oznacza, że wszelkie pozytywne aspekty funkcjonowania państwa jako całości powinny się coraz bardziej uwidaczniać. Rzeczywistość pokazuje jednak coś innego. Amerykańskie społeczeństwo ubożeje, jest coraz bardziej zadłużone, zjawisko głodu w niektórych regionach USA staje się powszechne dla szerokich rzesz najbiedniejszych obywateli USA. Około 40 milionów Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, ponieważ nie stać ich na jego opłacenie, drastycznie spada poziom kształcenie szczególnie podstawowego i średniego, nasilają się przestępczość, choroby psychiczne. Równocześnie z negatywnymi zjawiskami dotyczącymi prawie całego amerykańskiego społeczeństwa widać wyraźnie inne zjawisko: grupa najbogatszych Amerykanów staje się coraz bogatsza. Obecnie szacuje się, że w rękach 400 najbogatszych Amerykanów znajduje się majątek wynoszący około 1 biliona dolarów (1000 miliardów dolarów) – to jest prawie 10 razy więcej, niż wynosi zadłużenie Polski, które narastało do obecnego poziomu przez długie dziesięciolecia istnienia prawie 40-to milionowego kraju. A skoro szanse dla rozwoju amerykańskiego biznesu będą coraz lepsze, grupa tych ludzi będzie się bogacić w tempie niewyobrażalnym. Jestem przekonany, że w tej sytuacji za 100 – 150 lat w USA wytworzy się grupa kilkunastu ludzi dysponująca majątkiem rzędu dziesiątek lub setek bilionów dzisiejszych dolarów.
Obecne tendencje pokazują, że ludzie ci nie mają najmniejszej ochoty do jakiegoś znaczącego dzielenia się swoim majątkiem ze swoimi biedniejszymi współobywatelami. Dla klasy niższej i średniej perspektywy są zatem bardzo złe. Przy dobrej koniunkturze gospodarczej będą oni w stanie co najwyżej utrzymać obecną pozycję finansową, a w przypadku kryzysu zostaną bez środków do życia, co przy gigantycznym zadłużeniu Amerykanów będzie oznaczać ich degradację do faktycznej klasy niewolników banków i innych instytucji finansowych.
Z klasy wyższej przetrwają tylko ci, którzy mają odpowiednie dojścia do kontraktów, umów i nowych biznesów. Reszta siłą rzeczy zostanie zdegradowana materialnie co najmniej do klasy średniej. W efekcie powstanie bardzo mała grupa ludzi niewyobrażalnie bogatych, którzy będą w swoich rękach skupiać prawie wszystkie moce wytwórcze USA oraz całą amerykańską propagandę (media). Po drugiej stronie będzie 90 – 95% społeczeństwa, które będzie tak manipulowane, że będzie wdzięczne za jedzenie otrzymywane za pracę, jak to już było w latach 30-tych XX wieku w czasie Wielkiego Kryzysu. Powstanie państwo, które własnych obywateli (i prawdopodobnie nie tylko ich) obróci w niewolników.

Zawodowi analitycy giełdowi i zwykli inwestorzy próbują określić kierunek przyszłych ruchów cen w krótszym i dłuższym terminie. Używają do tego różnych teorii i narzędzi, między innymi teorii cykli, bazujących na różnych założeniach. Wydaje mi się, że nie są to obecnie zbyt efektywne narzędzia i do roku co najmniej 2003 powinniśmy wiedzieć dlaczego.
Otóż jak już pisałem w opracowaniu z dnia 1 czerwca 2006 roku dotyczącym wydarzeń z 11 września 2001 roku, Ameryce udało się wyjść obronną ręką z kryzysu rozpoczętego bessą na rynku akcji w roku 2000. Poprzez dokonanie zamachów 11 września 2001 roku, a następnie dokonanie ataku na Irak na podstawie sfałszowanych przez CIA danych wywiadowczych, USA zdołały odwrócić trend spadkowy stopnia podstawowego w trend wzrostowy. Zastanówmy się nad tym faktem, ponieważ jego wymowa ma ogromne, wręcz fundamentalne znaczenie, bez zrozumienia którego zachowania rynków finansowych i wydarzenia na świecie będą dla nas trudne do zrozumienia i właściwej oceny.
Jeszcze do niedawna było tak, że trendy na rynkach finansowych i w gospodarkach były kształtowane przez wypadkową całego szeregu zmiennych, na które nikt nie miał całościowego wpływu. Były to m.in. stopy procentowe, PKB, sytuacja gospodarcza na świecie, ceny surowców, itd. Wszystko to powodowało, że rynki będąc w stanie ciągłych zmian wykazywały stabilność i poruszały się w tym kierunku, który wynikał z wypadkowej całej gamy zależności. Gdyby ta sytuacja utrzymana, dzisiaj DJIA byłby pewnie na poziomie 2 – 3 tys. punktów, w USA szalałaby recesja a dolar notowałby kolejne historyczne minima. Jednak zaplanowane wcześniej i wykonane 11 września 2001 roku amerykańskie plany doprowadziły w konsekwencji do ataku USA na Irak w marcu 2003 roku, co dało stojącej na krawędzi zapaści amerykańskiej gospodarce ogromny impuls wzrostowy z tej racji, że na potrzeby zbrojeń w USA pracuje co trzeci Amerykanin. Zatem celowe rozpętanie wojny ruszyło całą amerykańską gospodarkę.

Jest zatem oczywiste, że jesteśmy świadkami zjawiska niewyobrażalnego dla Dowa, Elliotta, Frosta, Prechtera i innych twórców analizy technicznej i analityków rynku. W roku 2003 doszło do wyraźnej próby zanegowania podstawowej zasady rynków finansowych i gospodarek mówiącej, że nie można sterować cyklami wysokich stopni. Ameryka pokazała, że jednak można spróbować to zrobić.
USA osiągnęły obecnie pozycję, o jakiej nikomu się nie śniło, co gorsza pozycję, jakiej nie miało do tej pory żadne inne państwo w całej dotychczasowej historii ludzkości. Osiągnęło ono możliwość kreowania wydarzeń i sterowania nimi w skali całej planety.


Na razie możemy odłożyć na bok teorie cykli, twierdzenia o marcowych i październikowych spadkach na giełdach, o giełdowych wakacjach i jasnych korelacjach pomiędzy rynkami. Wszystko to potrwa tak długo, jak długo USA będą miały wystarczająco mocną pozycję do wywoływania i sterowania wydarzeniami mającymi bezpośredni wpływ na zachowanie gospodarek i rynków finansowych w skali globalnej. Kolejne amerykańskie wojny, które moim zdaniem są tylko kwestią czasu, dadzą kolejne dowody tego, jak można zakłócić naturalne rytmy rynków z korzyścią przede wszystkim dla USA.
Pocieszające może być to, że Ameryka nie ma jednak na tyle mocnej pozycji, żeby kreować trendy wysokich stopni i utrzymywać je w długim okresie. Na razie doszło do odwrócenia trendu spadkowego stopnia podstawowego, a i to dosłownie wykrwawia Amerykę. Można więc mieć nadzieję, że następne impulsy będą już słabsze i rynki z czasem powrócą do właściwych rytmów.
Wzrost gospodarczy leży w interesie USA, bo tylko on ratuje to państwo przed bankructwem. Metody zastosowane 11 września w Nowym Jorku, a następnie w Afganistanie i Iraku pokazują, że ludzie rządzący Ameryką nie mają żadnych skrupułów jeśli chodzi o realizację tego celu. Rzeczą jasną jest, że USA chcąc nie płacić swoich długów i mając równocześnie z czego żyć, komuś innemu muszą zabrać. Tym razem padło na Irak. Kto będzie następny?

Polityka amerykańska z racji ogromnego udziału sektora zbrojeniowego w gospodarce amerykańskiej dąży do wywoływania, umiejętnego podsycania i sterowania wojnami, ponieważ stanowią one dla USA w miarę pewny sposób na rozkręcenie koniunktury. Kolejne wojny wywołane przez USA są przed nami. Zauważmy jednak rzecz bardzo istotną: amerykańska armia nigdy nie stanęła do walki z przeciwnikiem równym sobie, a tym bardziej mocniejszym od siebie. Amerykanie zawsze atakują przeciwników znacznie słabszych od siebie, takich, których mogą pokonać. Oczywiście musi temu towarzyszyć jeszcze jakiś dodatkowy interes lub grupa interesów. W przypadku Bliskiego Wschodu te interesy są jasne. Co się jednak stanie, kiedy nie będzie już słabeuszy, których można napaść i ograbić? Tęgie głowy w Pentagonie, CIA i Białym Domu na pewno już o tym myślą.

Przy okazji obecnych planów ataku USA na Iran związanych rzekomo z planami nuklearnymi Iranu i rzekomym zagrożeniem USA ze strony Iranu (powtórka z bronią masowego rażenia w Iraku, której nigdy nie znaleziono), należy sobie zadać bardzo istotne pytanie: jak to jest, że Stany Zjednoczone bez problemu potrafiły przetrwać kilkadziesiąt lat zimnej wojny, mając wycelowane w siebie setki radzieckich rakiet atomowych, a nie mogą znieść Iranu, który nie ma nawet jednej takiej rakiety? Obiektywne fakty każą stwierdzić, że problem z Iranem to nie problem z jego programem atomowym, że prawdziwe motywy potencjalnego ataku USA na Iran są zupełnie inne – tak samo zresztą jak w przypadku ataku na Irak.

Taka postawa USA niesie ze sobą różnorakie konsekwencje. Z tych bardziej codziennych nasuwa mi się problem odnawialnych źródeł energii. Twierdzę, że tak długo, jak długo będzie istnieć USA, nie dojdzie do upowszechnienia żadnych rozwiązań technicznych mogących uniezależnić ludzi od ropy naftowej i klasycznych elektrowni. Mówię tu o możliwościach samowystarczalnej produkcji energii elektrycznej i paliwa (czymkolwiek by ono było) do samochodów przez każde gospodarstwo domowe lub małe grupy takich gospodarstw. Upowszechnienie tanich, odnawialnych źródeł energii na masową skalę w transporcie drogowym, morskim i lotniczym wytrąciłoby z rąk USA podstawowy atut w nakładaniu wszelkich embarg. Kto wtedy liczyłby się z USA, skoro podstawowe zasoby potrzebne w gospodarce mógłby sam wytworzyć? Poza tym odwrót od ropy naftowej zakończyłby proces finansowania amerykańskich deficytów przez większą część świata oraz w krótkim czasie doprowadziłby do dewaluacji dolara amerykańskiego i rozsypania amerykańskiej gospodarki. Z praktycznego punktu widzenia nie powinny więc dziwić dążenia USA do zawłaszczenia strategicznych w skali całej planety złóż ropy naftowej na Bliskim Wschodzie. Ameryka walczy o fizyczne przetrwanie zdając się kompletnie nie pamiętać o tym, że jej obecne problemy są wynikiem jej własnej rozpasanej do granic absurdu i skrajnie nieodpowiedzialnej konsumpcji i dziesięcioleci życia ponad stan. A im większe zagrożenie, tym instynkty przetrwania ujawniające się w walce o byt są coraz niższe, coraz bardziej zwierzęce.

Bez ropy naftowej jako karty przetargowej i armii jako czynnika wykonawczego rzekomej amerykańskiej demokracji (czytaj: amerykańskich korporacji i całej rzeczy nawiedzonych amerykańskich doradców) Ameryka straci całkowicie możliwość wpływania na sytuację na świecie i przejdzie do historii. Według mnie jest to wyłącznie kwestią czasu, ale prawdopodobnie czasu jeszcze długiego.

Wygenerowano w sekund: 0.01
2,271,448 Unikalnych wizyt