27 USA 9/11 - podsumowanie

Ataki na USA z 11 września 2001 roku,
czyli o samolotach których nie było.


Mija pięć lat od mojej pierwszej publikacji poświęconej zamachom z 11 września 2001 roku i trzy lata od publikacji ostatniego opracowania. W opracowaniach poruszałem wiele kwestii związanych bezpośrednio z samymi zamachami, ale również kwestie związane z szerszą perspektywą tych zamachów. Dzisiaj, prawie dziewięć lat od tamtych wydarzeń i ponad siedem lat od ataku USA na Afganistan i Irak, można dokonać pewnych podsumowań, popatrzeć na aktualną rzeczywistość i porównać ją z tym, czym karmiła nas i karmi oficjalna propaganda.

Pozycje krótkie przed 11 września
Według oficjalnej propagandy, za wzmożonym otwieraniem pozycji krótkich na akcjach amerykańskich linii lotniczych i firm ubezpieczeniowych na około dwa tygodnie przed zamachami stała przebiegła Al-Kaida, która w ten sposób chciała dodatkowo zarobić na zamachach. Jakoś nikt nie bierze pod uwagę najprostszych założeń. Gdyby zamachy się nie udały, Al-Kaida nie tylko nie zarobiłaby na spadkach, ale prawdopodobnie też straciłaby znaczną część zainwestowanych pieniędzy. Gdyby z kolei zamachy się udały, byłby problem z wytransferowaniem zarobionych pieniędzy za granicę, co miało miejsce. Czy ludzie, którzy rzekomo przygotowali największy zamachach terrorystyczny w historii, byliby aż takimi idiotami?
Zachęcam do obejrzenia filmu poświęconemu temu zagadnieniu.

Pentagon
Oglądając na Discovery Science film Superkonstrukcje - Pentagon, dowiedziałem się szczególnie interesującej rzeczy związanej z Pentagonem.
Wiadomą rzeczą jest, że skrzydło Pentagonu, w które rzekomo uderzył porwany Boeing 757, znajdowało się w remoncie, który za kilka dni miał się zakończyć. Ale jak się okazuje, nie był to zwykły remont. W tym segmencie budynku w ścianie zewnętrznej zamontowana została specjalna tkanina balistyczna wykonana między innymi z kewlaru. Powłoka ta miała za zadanie pochłonięcie jak największej części energii obiektu lub obiektów uderzających w ścianę. Zamontowano również specjalne, pancerne okna o masie ponad jednej tony (!) każde po 10,000 USD sztuka. W filmie podano informację, że wcześniej ten system był testowany w małej skali na modelach budynków. Mnie nasunęła się myśl: A 11 września system został przetestowany w rzeczywistych warunkach. Doprawdy trudno uznać za zbieg okoliczności, że terrorysta pilotujący porwanego Boeinga 757 o marnych umiejętnościach pilotażowych wykonuje niemożliwe do wykonania takim samolotem manewry i uderza w Pentagon akuratnie w mało znaczącym miejscu, w którym prawie nikogo nie było w porównaniu z innymi częściami Pentagonu, i akuratnie w miejscu, gdzie były zamontowane specjalne elementy mające uchronić budynek przed tego typu atakiem, które to elementy nie były jeszcze testowane w prawdziwym budynku.

Katastrofa polskiego rządowego Tu-154 w Smoleńsku daje nam nowe dowody podważające oficjalną wersję ataku na Pentagon. Według oficjalnej wersji katastrofy polskiego Tu-154, samolot przy prędkości około 200 km/h uderzył lewym skrzydłem najpierw w jedno, niższe drzewo, a następnie w wyższe i grubsze drugie drzewo. Drugie uderzenie spowodowało oderwanie znacznej części skrzydła, utratę siły nośnej z lewej strony, obrócenie samolotu na plecy i uderzenie w ziemię.
Tymczasem rzekomy Boeing 757 uderzający w Pentagon z prędkością około 800 km/h ciął skrzydłami stalowe latarnie i maszty drogowe niczym przecinak i w nienaruszonym stanie doleciał do Pentagonu, po czym złożył skrzydła i wpadł do środka Pentagonu.
Zakładając jednakowe masy samolotów, czterokrotny wzrost prędkości z 200 do 800 km/h powoduje wzrost siły uderzenia o szesnaście razy. Skrzydła Boeinga 757 z 11 września musiałyby zostać wykonane z jakiegoś kosmicznego materiału, żeby przetrwać choćby jedno takie uderzenie.

Ale tu nawet kosmiczne materiały nie pomogą. Świadczy o tym katastrofa promu kosmicznego Columbia z 1 lutego 2003 roku. Jak się później okazało na podstawie zapisów video, w czasie startu wahadłowca 16 stycznia 2003 roku przy prędkości około 900 km/h z powłoki zbiornika zewnętrznego wahadłowca oderwał się kawałek pianki izolacyjnej o masie około jednego kilograma i uderzył w krawędź natarcia lewego skrzydła, wykonaną m.in. z bardzo wytrzymałego kewlaru. NASA utrzymywała, że nie powinno to było spowodować żadnych uszkodzeń. W czasie powrotu na Ziemię, niedługo po wejściu w atmosferę, prom rozleciał się na kawałki. Okazało się, że ów kawałek pianki, który miał niczego nie uszkodzić, wybił w powierzchni natarcia skrzydła dziurę o średnicy około 25 centymetrów - taki był wynik późniejszych testów naziemnych. Wejście promu w atmosferę spowodowało rozerwanie skrzydła i rozpad wahadłowca.

Dlatego też oficjalną wersję wydarzeń ataku na Pentagon uważam za jedną wielką bzdurę.

Wieże
Samoloty rzekomo uderzające w wieże WTC zniknęły bez śladu na odcinku około 64 metrów. Widowiskowość eksplozji, szczególnie w przypadku wieży południowej, daje nam dowody podważające oficjalną wersję. Mam tu na myśli choćby to zdjęcie. Widać na nim rzekome paliwo palące się w powietrzu i rozchodzące się w kierunku przeciwnym do kierunku lotu samolotu. Na filmach widać, że samolot uderzający w południową wieżę nie doznaje żadnych uszkodzeń - wnika do środka wieży niczym duch. Ogień i eksplozje pojawiają się dopiero po jego całkowitym zniknięciu w środku. To, co widać na zdjęciu świadczyłoby o tym, że paliwo lotnicze poruszające się z samolotem musiałoby zostać wyhamowane wewnątrz wieży bez uszkodzenia zbiorników z prędkości około 800 km/h, a następnie musiałoby zostać wyrzucone w kierunku dokładnie przeciwnym z prędkością około 50 km/h. I to wszystko w ułamku sekundy. Jest to niewykonalne zadanie - paliwo poruszające się z określoną prędkością w jednym kierunku nie będzie się odbijać od przeszkody jaki piłka w kierunku przeciwnym, ale będzie poruszać się zgodnie z kierunkiem ruchu. O tym, co się dzieje z paliwem lotniczym przy uderzeniu w przeszkodę, możemy się przekonać choćby na tym filmie (avi, 4,60MB).

Wychowani na amerykańskich filmach uważamy, że paliwo lotnicze eksploduje z ogromną siłą. Na potwierdzenie tego, że tak nie jest, proszę obejrzeć zamieszczony film (avi, 9,71MB). Eksplodują zbiorniki z paliwem, ale nie widzimy samolotu rozrywanego siłą eksplozji na tysiące kawałków rozrzucanych w promieniu wieluset metrów. Paliwa oczywiście nie ma zbyt wiele, ponieważ samolot wylądował. Gdyby jednak były go nawet pełne zbiorniki, nie rozerwałoby to samolotu na drobne kawałki - samolot zostałby uszkodzony przede wszystkim przez pożar.
Paliwo w normalnych warunkach to nie materiał wybuchowy - to jedynie materiał łatwopalny.
Przy okazji widać, ile dymu i ognia powinno być w Shanksville, gdyby tam rzeczywiście rozbił się Boeing.

Jakie są skutki uderzenia samolotu w jednolitą, bardzo wytrzymałą przeszkodę, można zobaczyć na filmie (avi, 7,96MB) przedstawiającym uderzenie myśliwca F-4 Phantom w betonowy blok. Proszę zwrócić uwagę na to, w jaki sposób rozchodzą się elementy rozbitego samolotu - w kierunku przeciwnym do kierunku ruchu samolotu widać jedynie niewielką chmurę pyłu. W przypadku kratownicy wież WTC nie było tak potężnych elementów wewnątrz wież, żeby zatrzymać samoloty. Większa część ich szczątków powinna była przelecieć na wylot przez wieże i spaść na ulice po przeciwnej stronie.

W wieżach WTC zniknęły również najbardziej wytrzymałe elementy samolotów - silniki, ważące po około 5 ton każdy. To szczególnie one powinny przeciąć wieże WTC i spaść po przeciwnych stronach wież. Jednak i one rozpłynęły się.
Proszę obejrzeć kolejny film (avi, 6,33MB). Przedstawia on katastrofę myśliwca F-16 amerykańskiego zespołu akrobacyjnego Thunderbirds. Proszę zwrócić uwagę na to, gdzie po uderzeniu w ziemię zatrzymały się szczątki samolotu, a gdzie zatrzymał się silnik.

Polecam do obejrzenia krótki film instruktażowy, jak samodzielnie wykonać sobie w domu na własnym komputerze film z samolotem uderzającym w wieżę WTC.

Warto również obejrzeć film September Clues przedstawiający sposób realizacji przekrętu 11 września przez media.

Odgłosy samolotów i turbulencje
W jednym z opracowań pisałem o tym, że natężenie dźwięku wytwarzanego przez Boeinga 767 lecącego z prędkością ponad 800 km/h na wysokości 400 metrów nad miastem powinno być bardzo duże. Znalazłem film z Boeingiem 757 przelatującym na dużej prędkości nisko nad ziemią. Proszę zwrócić uwagę na to, jak duże jest natężenie dźwięku, pomimo tego, że samolot przelatuje nad przestrzenią otwartą (bez budynków, które odbijałyby fale dźwiękowe) oraz ze znacznie niższą prędkością, którą oceniam na około 400 km/h Przelatujące nad Nowym Jorkiem porwane Boeingi musiałyby zwrócić na siebie uwagę tysięcy ludzi, zanim uderzyłyby w wieże. Tymczasem na jednym z filmów widzimy mężczyznę, który stojąc na ulicy pod południową wieżą WTC nie słyszy przelatującego 400 metrów nad jego głową samolotu i patrzy przed siebie.



Pisałem również, że Boeing uderzający w południową wieżę WTC przelatywał na tyle blisko warkocza dymu wydobywającego się z północnej wieży, że powinien był wywołać widoczne zawirowania tego dymu, wywołane turbulencjami powietrza spowodowane swoim przelotem. Proszę zobaczyć, jakie turbulencje wywołuje lądujący z prędkością około 200 km/h Boeing 767.

Dane mi było zobaczyć Boeinga 767 w niskim przelocie nad miastem. Pewnego wrześniowego dnia 2009 roku siedząc w pokoju usłyszałem narastający odgłos silników odrzutowych. Stwierdziłem, że nie jest to normalny przelot i wyszedłem na balkon zobaczyć, co się dzieje. Po kilku sekundach zobaczyłem nad blokami LOT-owskiego Boeinga 767, lecącego na wysokości 300 - 400 metrów nad miastem. Piękny widok. Samolot potężny. Leciał z niewielką prędkością, piękny, majestatyczny. Ten widok utwierdził mnie w przekonaniu, że zatrzymanie takiego samolotu, lecącego z prędkością ponad 800 km/h przez lekką konstrukcję drapacza chmur jest niemożliwe.
Kilka godzin później dowiedziałem się, że na pobliskim cmentarzu odbywał się pogrzeb instruktora lotniczego OKL Politechniki Rzeszowskiej i LOT-u, a samolot wykonywał rundę honorową. Piękny widok.

Shanksville - lot bohaterów
W opracowaniu dotyczącym słynnego lotu bohaterów, w którym to bohaterscy pasażerowie porwanego samolotu zjednoczyli się w walce przeciwko terrorystom i udaremnili kolejny atak i kolejne ofiary, sami składając w ofierze swoje życie, podważałem taką wersję wydarzeń twierdząc, że taka jednomyślność ludzi w takiej sytuacji jest niemożliwa, a cała ta historia jest jednym wielkim kiczem. Los sprawił, że sam znalazłem się w podobnej sytuacji.
Pewnego styczniowego wieczoru 2005 roku znalazłem się na pokładzie samolotu ATR-72 lecącego z Warszawy do Rzeszowa. Odprawa pasażerska, przez którą przeszedłem, była najsurowsza i najdokładniejsza spośród tych, które dotąd przeszedłem w swoim życiu i oczywiście dotyczyła nie tylko mnie, ale wszystkich pasażerów. Nie mogły się z nią równać odprawy nawet na lotniskach międzynarodowych. Bramki, ręczne wykrywacze metalu, przeglądanie bagaży podręcznych i ślimacze tempo. Pomimo tego w autobusie odwożącym nas do samolotu znalazł się człowiek w wieku trzydziestu kilku - czterdziestu lat, trzymający w ustach coś, co przypominało cygaro i gadający coś głośno. Był po prostu pijany. Na chwilę straciłem go z oczu przy wsiadaniu do samolotu, zająłem swoje miejsce i siedzę sobie. Patrzę przez okno, na zewnątrz ciemno, lekka zadymka, silniki pracują. Czekamy na ostatnich pasażerów. Nagle słyszę jakiegoś gościa, który drze się: Dobra jest, śmigła się kręcą, benzyna zatankowana, dolecimy. Polscy piloci są najlepsi na świecie, nie ma się co bać, dolecimy, nie spadniemy. Oto i nasz rodzynek. Siadł w fotelu przede mną i coś mamrocze do siebie. Po chwili znowu się drze na cały samolot, że nie ma się czym przejmować, że będzie dobrze, że śmigła się kręcą, itd.
Nachylam się do niego i mówię, żeby się uspokoił. Facet jest zdziwiony: To ja mam się uspokoić? Przecież ja jestem spokojny. W ustach trzyma to swoje cygaro. Obok mnie usiadła pani, która na widok całej tej sytuacji zaczęła coraz głębiej chować się w fotelu. Gość dalej nawija swoje. Po chwili przychodzi stewardessa i zwraca się do niego:
- Czy wszystko w porządku?
- Tak
- odpowiada jegomość. Wszystko w porządeczku.
- Bo widzę, że chyba coś jest nie tak.
- Nie, nie wszystko dobrze.
- Proszę się uspokoić i wyjąć to z ust. Nie wolno takich rzeczy wnosić na pokład.

Facet się zjeżył.
- Ja lecę z Ameryki, tam wolno palić w samolocie, a tu co?
- Proszę to schować, tu nie wolno palić.
- Ale to nie cygaro, to plastik.
- Ty #$*%@ - pomyślałem sobie. Wstałem i mówię do niego: No i co pan zrobił?
- Ja? - zdziwił się. - Nic nie zrobiłem, to przecież tylko plastik!
Padło magiczne słowo. Stewardessa zrobiła w tył zwrot, podeszła do radiotelefonu i mówi: Jeden z pasażerów twierdzi, że ma materiał wybuchowy.
- Bingo
- pomyślałem.
Siedzimy sobie w samolocie stojącym na płycie lotniska w Warszawie, za oknem zadymka, silniki pracują, a my czekamy nie wiadomo na co. Nawet facet ucichł kiedy usłyszał, że stewardessa komuś to zgłosiła. Siedzimy. Może po jakichś pięciu minutach wszedł na pokład samolotu jakiś człowiek z obsługi lotniska i zaczął namawiać tego pasażera, co to niby miał materiał wybuchowy, żeby poszedł z nim i że wszystko wyjaśnią, na co facet zjeżył się i stwierdził, że nigdzie nie pójdzie, bo on o 22 ma być w Stalowej Woli. Tamten go i prosił i namawiał, ale ten był nieustępliwy. Tamten w końcu poszedł. A my dalej siedzimy i czekamy. Wśród pasażerów widać już poruszenie i zdenerwowanie. Po długiej chwili na pokład wszedł policjant, zdjął czapkę, podszedł do owego pasażera, oparł rękę na fotelu i zaczął z nim rozmawiać w stylu: Pan pójdzie ze mną, bo pan już tym samolotem nie poleci. Proszę się spokojnie zachowywać, pójdziemy, wszystko wyjaśnimy. Gość jednak nawet nie chciał o niczym takim słyszeć. On musi lecieć i koniec.
- Panowie, dajcie już sobie spokój. Lećmy już! - zdenerwował się jeden z pasażerów.
- Nie! Nie ma mowy, żeby ten człowiek leciał tym samolotem! Niech pan wreszcie wysiada! - wykrzyczał inny.
- Ja już będę cicho - spokorniał sprawca całego zamieszania.
- Nie! Niech pan wysiada! - odpowiedział mu inny pasażer.
- Proszę zabrać swoje rzeczy. Pójdzie pan ze mną. - powiedział policjant.
- Nie pójdę!
Policjant wyszedł. A my dalej siedzimy. Po kolejnej dłuższej chwili na pokład weszło dwóch panów w szarych uniformach, z kajdankami przy pasach. I ta sama śpiewka, co wcześniej.
- Proszę wysiadać.
- Nie wysiądę, bo muszę być dzisiaj w szpitalu. Ja mam matkę w szpitalu! Muszę się dzisiaj z nią widzieć!
- A ja już nie mam matki. Umarła.
- odparował jeden z funkcjonariuszy.
- Ha, przegrałeś gościu. Przelicytował cię. - pomyślałem.
- Nie pójdę i koniec.
- Ludzie, lećmy już! Zostawcie go już i lećmy! Ja muszę zdążyć na pociąg na Przemyśla
- zaczęła krzyczeć jedna z pasażerek.
- Nie ma mowy, żeby ten człowiek z nami leciał. Jak się zacznie awanturować w czasie lotu, to co z nim zrobimy? Będzie go pani uspokajać? - zapytał ktoś inny.
- Ja już będę cicho - jęknął zainteresowany.
- Panowie, dajcie mu już spokój. On już będzie cicho, musimy już lecieć, bo i tak przecież mamy spore opóźnienie. Ja też się śpieszę - rzeczowo zaczął przekonywać inny pasażer.
- Pan już tym samolotem nie poleci - stwierdził jeden z funkcjonariuszy. - Czy wyjdzie pan dobrowolnie, czy mamy pana stąd wynieść?
Facet się skulił. Wyjdę - powiedział. Zabrał swoje rzeczy i wyszedł z tymi panami. Usłyszeliśmy jeszcze, jak odgrażał się, że ma znajomości w ambasadzie i że ktoś za to zapłaci.
Kiedy zrobiło się cicho, siedząca obok mnie pani zdjęła dłonie ze swojej twarzy, odetchnęła i wyprostowała się.
- Nie lubię takich sytuacji - powiedziała.
Wynik: 40 minut spóźnienia.

Ten przykład pokazuje, że wśród ludzi żadnej jednomyślności nie było. Jedni chcieli, żeby ten człowiek wysiadał, inni chcieli żeby leciał, a jeszcze inni się bali cokolwiek zrobić, albo klęli w myślach, że nikt z tym nic nie robi. Uważam, że w sytuacji zagrożenia życia te nastroje uległyby jeszcze większej polaryzacji, szczególnie w sytuacji, kiedy uczestnikami byłaby znacznie większa grupa ludzi. Dlatego też uważam, że historia z Shanksville jest fikcją.

Popatrzmy jeszcze na zamieszczone poniżej zdjęcie. Zostało ono wykonane w Shanksville kilkanaście sekund po rzekomej katastrofie "lotu bohaterów". Mały obszar źródła dymu świadczy o tym, że paliwo musiałoby się zapalić na małej powierzchni. Wygląda to tak, jakby paliwo znajdowało się na powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Nie tłumaczy tego oficjalna wersja mówiąca o tym, że porwany Boeing uderzył w ziemię prawie pod kątem prostym, co samo w sobie jest bardzo trudne do realizacji, szczególnie dla początkującego pilota. Rozpiętość skrzydeł Boeinga 767 to około 50 metrów. Biorąc pod uwagę zbiorniki skrzydłowe należy przyjąć, że przy uderzeniu w ziemię pod kątem prostym szerokość strefy, na której znalazłoby się paliwo wyniosłaby z pewnością co najmniej 30 metrów plus odległość wynikającą z faktu rozrzucenia paliwa w momencie uderzenia. Tymczasem to, co widać na zdjęciu przypomina raczej pożar niewielkiej kałuży paliwa, a nie paliwa z rozbitego Boeinga 767.

Dla porównania proszę popatrzeć na skutki katastrofy białoruskiego Su-27 z sierpnia 2009 roku w Radomiu. Tutaj widzimy niemal identyczną wielkość chmury dymu, obejmującą u podstawy mały obszar. Rozpiętość skrzydeł Su-27 to niecałe 15 metrów, więc niewielki obszar podstawy chmury dymu jest jak najbardziej prawdziwy. W dodatku samolot w momencie uderzenia w ziemię poruszał się również w płaszczyźnie poziomej.
Chmury te są do siebie zbyt podobne, żeby pochodziły od katastrof tak znacznie różniących się samolotów. Proszę również wziąć pod uwagę to, że w zbiornikach Boeinga 767 z Shanksville powinno się znajdować około 25 - 30 ton paliwa. W zbiornikach Su-27 było prawdopodobnie nie więcej, jak 1 tona paliwa.

Skutki uderzenia w ziemię Boeinga 767 w Shanksville były prawie żadne. Samolot, podobnie jak wszystkie pozostałe tego dnia, zniknął, a w łące pozostał niewielki dołek i rów. Poniżej zamieszczam zdjęcia z filmu o katastrofie nad Lockerbie z grudnia 1988 roku, gdzie w samolocie Boeing 747 na wysokości około 10,000 metrów eksplodował ładunek wybuchowy. Samolot rozpadł się na kilka części, a jego szczątki spadły na ziemię w okolicach miasteczka Lockerbie w Szkocji. Proszę zwrócić uwagę na skutki uderzenia w ziemię największych elementów samolotu oraz to, jak wiele dużych elementów tego samolotu przetrwało zderzenie z ziemią. Proszę zwrócić szczególną uwagę na rozmiary krateru wybitego w ziemi w miejscu upadku najcięższych fragmentów samolotu wiedząc, że spadek odbywał się w sposób swobodny, bez udziału mocy silników, jak to rzekomo miało miejsce w Shanksville.
Zdjęcia pochodzą z filmu Lockerbie emitowanego w TVN24.






































"Naoczni" świadkowie
Zamieszczam artykuł z Le Monde w nawiązaniu do wartości relacji świadków widzących na własne oczy samoloty uderzające w wieże WTC.

Wewnętrzny kłamca
Pamiętamy nie to, co się wydarzyło, ale nasze myśli towarzyszące zdarzeniom
Nasze wspomnienia nie są obiektywną prawdą, lecz efektem naszych wyobrażeń, które można bez trudu zafałszować. A doświadczony psychoterapeuta bez trudu wplecie w naszą przeszłość nowe wątki i osoby.
Ze swojej przerażającej wyprawy w nieodkryte dotąd rejony pamięci Beth Rutherford wyciągnęła taką naukę: "Siła sugestii jest niedoceniana". Ta młoda Amerykanka, zestresowana pracą na oddziale onkologii, w wieku 19 lat zdecydowała się na konsultacje u psychoterapeuty.

Nie podejrzewała wówczas, że głęboko ukryta przeszłość wyłoni się nagle z mroków i zmieni jej życie. Podczas seansów terapii "odnalezionej pamięci" odkryła, że między 7. a 14. rokiem życia była wielokrotnie gwałcona przez własnego ojca. Że zmusił ją do poddania się aborcji. Oskarżony przez córkę, stracił pracę i groziło mu więzienie.

"Pamiętam, jak wkładał we mnie nożyczki i widelec, i robił inne okropności" mówi w zeznaniu opublikowanym przez Fundację Syndromu Fałszywej Pamięci. Bo o to właśnie chodzi: nic z tego, przez co (jak uwierzyła) niegdyś przeszła, nigdy się nie wydarzyło. Jak wykazały badania lekarskie, Beth była jeszcze dziewicą, a jej ojciec poddał się wycięciu nasieniowodów znacznie wcześniej, przed rzekomo obciążającymi go zdarzeniami.

W Stanach Zjednoczonych Beth stała się symbolem fałszywych wspomnień. Od lat 80. w Ameryce odbyły się setki procesów wytoczonych przez dorosłe już dzieci rodzicom oskarżanym o dokonanie na nieletnich wówczas potomkach nadużyć seksualnych lub praktyk satanistycznych. Później oskarżyciele zwracali się przeciwko psychoterapeutom, którzy wprowadzili owe "wspomnienia" do ich pamięci. W Europie takie przypadki zdarzały się rzadziej. Czyżby był to dowód na to, że mieszkańcy Starego Kontynentu lepiej przyswoili sobie teorię psychoanalizy? Freud szybko doszedł do wniosku, że zbyt liczne świadectwa o nadużyciach seksualnych, jakie wywoływała jego terapia, były właściwie jej skutkiem. Z tego powodu umieścił je w kategorii urojeń.
Paul Bensussan, francuski psychiatra i ekspert sądowy, miał wielokrotnie okazję do zdiagnozowania fałszywego "odnalezionego wspomnienia". Zauważa, że świat sądownictwa nie wydaje się jeszcze świadomy tego problemu. - Kwalifikując z góry oskarżającego lub oskarżającą jako "ofiarę", ma tendencję do mylenia pojęć wiarygodności, szczerości i prawdomówności - zauważa. - Daleko wówczas do postawienia pytania, czy u tej osoby nie nastąpiło być może jakieś pobudzenie ze strony terapeuty, tymczasem zawsze należałoby zastanowić się nad jego rolą w odsłonięciu przeszłości.

Kolejna kwestia: jak ludzka pamięć może zostać przebudowana aż do tego stopnia? Odpowiedzią jest być może teza, że wszystkie nasze wspomnienia ze swej natury są fałszywe, lub przynajmniej podatne na zafałszowanie. Amerykańska psycholog Elizabeth Loftus jest pionierką badań na ten temat. Najpierw zdała sobie sprawę z podatności na manipulowanie świadectwami przy użyciu języka.

Jedno z doświadczeń polegało na wyświetlaniu filmu przedstawiającego wypadek samochodowy. Następnie poproszono obserwatorów o ocenę szybkości pojazdów w chwili, "gdy rozbijały się o siebie". Loftus stwierdziła, że wartości podawane przez uczestników eksperymentu były niższe, gdy zastosowała wyrażenie "zderzyły się", bardziej neutralne. Ale najbardziej zadziwiał fakt, że po użyciu pierwszego sformułowania "świadkowie" byli przekonani, że widzieli na jezdni rozbite szkło, podczas gdy wcale go nie było.

Na podstawie tych obserwacji Elizabeth Loftus umie już wyobrazić sobie podstępy stosowane w celu pobudzania fałszywych wspomnień. Niektórzy są bardziej niż inni podatni na takie przemodelowanie pamięci, zwłaszcza ci, którzy wierzą, że mają jakieś doświadczenia z poprzednich żyć. Techniki transformacji wspomnień są niezliczone: wsunięcie zdjęcia jakiejś osoby do albumu rodzinnego, wprowadzenie fikcyjnej historii rodzinnej między prawdziwe świadectwa...

Jedna czwarta uczestników doświadczenia tego typu była przekonana, że jako dzieci zgubili się w centrum handlowym. Wielu zapewniało, że widziało w Disneylandzie królika Bugsa, bohatera filmów animowanych wyprodukowanych przez konkurencyjną wobec Disneya kompanię Warner Bros. Inni wierzą, że zatruli się jakimiś potrawami i odmawiają włączenia ich do fikcyjnego menu.

- Kiedy zmieniacie wspomnienie, sami się zmieniacie - podsumowuje Elizabeth Loftus. Trzydzieści pięć lat badań nad zniekształceniami pamięci przekonały ją, że "wspomnienia nie są sumą tego, co dana osoba zrobiła, ale bardziej jej własnych przemyśleń, tego co jej powiedziano i tego, w co wierzyła". (...) To przekonanie doprowadziło w 1997 roku brytyjskie Królewskie Kolegium Psychiatryczne do zalecania angielskim psychiatrom korzystającym z hipnozy, aby "unikali uciekania się do wszelkich technik reaktywacji wspomnień o doświadczonej kiedyś przemocy seksualnej, którą pacjent wyrzucił z pamięci". (...)

Psycholodzy nie są jedynymi naukowcami, którzy pasjonują się fałszywymi przekonaniami o przeszłości. Od dziesięciu lat procesy mózgowe biorące udział w procesie formowania wspomnień są przyczyną małej rewolucji w neurobiologii. - Szukaliśmy czegoś zupełnie odmiennego - wspomina Susan Sara z College de France. W 1997 roku badała wpływ różnych substancji na zdolność orientacji u szczurów umieszczonych w labiryncie. - Stwierdziliśmy, że nazajutrz po szczepieniach zachowywały się tak, jakby były dotknięte amnezją: nie pamiętały przebiegu trasy, którą wcześniej dobrze znały - mówi uczona.

Ta obserwacja doprowadziła ją do wyodrębnienia nowego etapu w procesach zapamiętywania: rekonsolidacji. Liczne doświadczenia wykazały już, że efekty przyuczania stają się trwalsze z czasem, w miarę jak wzmacniają się sieci neuronów przechowujące jego ślady. To właśnie jest konsolidacja, w której sen odgrywa zasadniczą rolę. W wyniku tego procesu, kiedy coś budzi wspomnienie (w przypadku szczura światło kojarzące się z ćwiczeniami), odpowiednia sieć neuronowa staje się znów niestabilna, podatna na zmiany - najczęściej po to, by mogła zostać wzmocniona. Jednak ten dynamiczny mechanizm może zostać całkowicie zmodyfikowany, jeśli organizm zostanie poddany reakcjom chemicznym mającym wpływ na pracę neuronów. To właśnie stąd wzięła się amnezja szczurów.

Zdaniem pani neurobiolog Pascale Gisquet z uniwersytetu Paris-Sud to zjawisko otwiera nieznane wcześniej możliwości dotyczące na przykład leczenia stresu pourazowego (ESPT). (…) Dotychczasowe badania wykazały, że podanie osobom dotkniętych tą chorobą propranololu zmniejsza reakcje lękowe związane z powtórnym przeżywaniem traumatycznych zdarzeń z przeszłości pod wpływem określonego bodźca.

- U narkomanów - dodaje Gisquet - nawrót nałogu jest często powodowany wspomnieniami dotyczącymi brania narkotyku, wywołanymi przez bodźce, jakie napotykają w swoim otoczeniu. Widok łyżeczki czy ciemnej klatki schodowej może zrodzić powtórną, niedającą się opanować potrzebę zażycia narkotyku. Czy w przyszłości uda się osłabić ten fatalny proces przez oddziaływanie na reaktywację wzbudzoną przez takie bodźce?

- Rekonsolidacja z pewnością jest bardzo interesującym zjawiskiem, ale potrzeba czasu, aby przekonać się o jej użyteczności - twierdzi Eric Kandel, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. On sam nabrał przekonania, że pamięć jest swego rodzaju dziełem wyobraźni. - Kiedy na pana patrzę, mój mózg nie fotografuje pana, ale konstruuje wokół konturu twarzy pański obraz, który będzie się różnił od obrazu skonstruowanego przez inną osobę - wyjaśnia. - Kiedy będę wspominał tę rozmowę, ten proces mentalny powtórzy się. Pamięć jest rekonstrukcją rekonstrukcji, która stale się zmienia. Istnieje szansa zniekształcenia każdego wspomnienia - podsumowuje Kandel. Autor pasjonującej biografii "W poszukiwaniu pamięci", adaptowanej na scenariusz filmu, przyznaje, że sam zadaje sobie pytania, czy prawdziwe są szczegóły, o jakich w niej opowiada...

- Wspomnienie jest kreacją - podsumowuje neuropsycholog Francis Eustache. Przekonanie o względności pamięci uczyniło z niego filozofa. - Przeczytajcie lepiej dzieło Bergsona "Materia i pamięć" - zaleca. - Wówczas przekonacie się, że aby przywołać przeszłość (...), trzeba umieć marzyć.


Źródło: onet.pl

Irak i Afganistan
Mijają lata i niektórym znanym ludziom odświeża się pamięć, szczególnie kiedy spadają ze stołków i chcą zachować chociaż resztki dobrego wizerunku. Jedną z takich osób jest wieloletni prezes FED, Alan Greenspan. Kiedy siedział na stołku prezesa FED, jednoznacznie popierał działania amerykańskich władz twierdzące, że Irak stanowi zagrożenie dla zachodniego świata. Kiedy w końcu spadł ze stołka, jego stanowisko w kwestii przyczyn ataku USA na Irak nagle się zmieniło. Napisał o tym w opublikowanej w 2007 roku książce podsumowującej jego pracę jako pracownika i szefa FED.

Wszyscy wiedzą, on mówi to głośno

poniedziałek 17 września 2007 10:52

Greenspan: W Iraku chodziło o ropę

Alan Greenspan, wieloletni szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej (FED), uważa, że głównym motywem ataku USA na Irak było zapewnienie dostaw bliskowschodniej ropy naftowej. To sensacyjne wyznanie znalazło się w jego wspomnieniach - pisze DZIENNIK.
Książka "The Age of Turbulence: Adventures in a New World" (Wiek niepokoju. Przygody w Nowym Świecie) będąca podsumowaniem ponad 18 lat pracy Greenspana w amerykańskim banku centralnym dziś ma trafić do amerykańskich księgarni. Jednak już teraz wiadomo, że choć autor uważa się za republikanina, to w swoich wspomnieniach nie szczędzi słów ostrej krytyki pod adresem obecnej administracji. "Jestem zasmucony tym, że obecnie mówienie o tym, o czym wszyscy wiedzą, iż głównym motywem inwazji na Irak była ropa naftowa, jest polityczną niestosownością" - pisze Greenspan.
Te słowa mogą mieć dużą siłę rażenia, bo były szef Fed jest uznawany za autorytet nie tylko w USA. Tymczasem prezydent George Bush oraz rząd Wielkiej Brytanii wielokrotnie zaprzeczali, jakoby inwazja na Irak miała jakikolwiek związek z zabezpieczeniem dostaw "czarnego złota". Waszyngton utrzymywał, że chodziło o obalenie reżimu, który mógł posiadać broń masowego rażenia oraz wspierał międzynarodowe organizacje terrorystyczne.
Greenspan nie jest pierwszym politykiem, który przedstawia przyczyny ataku na Irak w zupełnie innym świetle niż Waszyngton. W czerwcu australijski minister obrony Brendan Nelson stwierdził, że jego kraj poparł w 2003 roku atak na reżim Husajna, bo jednym z celów tej wojny było "bezpieczeństwo energetyczne". Jednak wówczas te słowa nie wywołały politycznej burzy.
Teraz może być inaczej, bo to samo mówi człowiek, któremu w USA nadano przydomek "Wyrocznia". Gospodarcze prognozy 81-letniego obecnie Greenspana wielokrotnie wywierały wpływ na światowe giełdy i notowania dolara. Gdy w lutym tego roku w jednym ze swoich wystąpień użył słowa "recesja", akcje na Wall Street natychmiast poszybowały w dół. Wielu Amerykanów na podstawie słów Greenspana inwestuje swoje pieniądze, dlatego nie ma powodu, by nie zaufali mu, gdy mówi o polityce.
Dlatego dla Republikanów, w obliczu trwającej już kampanii przed przyszłorocznymi wyborami, wspomnieniowa książka Greenspana wchodzi na rynek w wyjątkowo złym momencie. Tym bardziej że nestor amerykańskich ekonomistów w swojej krytyce obecnej administracji nie ogranicza się tylko do Iraku i zarzuca partii Busha szastanie publicznymi pieniędzmi. Greenspan żali się, że kilkakrotnie Republikanie, którzy przez 12 lat kontrolowali Kongres, wbrew jego sugestiom przegłosowali ustawy niebezpieczne dla budżetu. "Porażka im się należała" - napisał o wyborach do Kongresu w 2006 roku, które wygrali Demokraci.
Alan Greenspan był najdłużej panującym przewodniczącym Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej USA. Nominację otrzymał w czerwcu 1987 roku z rąk Ronalda Reagana. Amerykańskim bankiem centralnym kierował za rządów czterech prezydentów. 31 stycznia 2006 odszedł na emeryturę. Obecnie pełni honorową funkcję doradcy brytyjskiego rządu.


Źródło: dziennik.pl

W jednym z opracowań napisałem, wobec buńczucznych zapewnień przedstawicieli władz USA o wycofaniu wojsk amerykańskich z Iraku w ciągu kilku miesięcy od inwazji, że wojska amerykańskie zostaną w Iraku tak długo, jak długo będzie tam ropa. Jest rok 2010, siedem lat po ataku USA na Irak, a w Iraku jest sto kilkadziesiąt tysięcy amerykańskich żołnierzy.

czwartek 5 czerwca 2008 13:00

Waszyngton negocjuje z Bagdadem

Wojska USA nigdy nie wyjadą z Iraku

Koniec dyskusji na temat, kiedy USA powinny wycofać swoje wojska z Iraku. Dlaczego? Waszyngton chce, by Bagdad zgodził się na obecność amerykańskich wojsk nad Tygrysem na czas nieograniczony - podaje "The Independent". Chodzi o to, by w razie wygranej Demokraty w wyborach prezydenckich, następca George'a Busha nie mógł wycofać wojsk.
Waszyngton właśnie negocjuje z Bagdadem "strategiczny sojusz". Zakłada on, że wojska USA zostaną w Iraku bezterminowo.
Amerykanie mieliby mieć w tym kraju 50 baz wojskowych. Sami podejmowaliby decyzje o operacjach wojskowych, mogliby też aresztować Irakijczyków i swobodnie poruszać się po irackim niebie. A do tego amerykański personel wojskowy i cywilny chroniłby przed sądem immunitet.
Według byłego ministra finansów Iraku Alego Alawiego, zgoda na taki plan postawiłaby pod znakiem zapytania suwerenność Iraku. Tymczasem premier Iraku Nuri al-Maliki jest przeciw. Z drugiej jednak strony wie, że bez poparcia Stanów Zjednoczonych jego rząd upadnie.
"The Independent" sugeruje, że George Bush chce się w ten sposób ubezpieczyć od ewentualnej przegranej republikańskiego kandydata w wyborach prezydenckich. Bo Demokrata Barack Obama już zapowiedział, że jeśli zasiądzie w Białym Domu, amerykańscy żołnierze wrócą do domu.


Źródło: dziennik.pl

Obama wygrał wybory, ale jak już wiadomo, większość jego obietnic było tylko wyborczą kiełbasą, na którą po raz kolejny dały się nabrać setki milionów Amerykanów i nie tylko nich. Na forum dyskusyjnym na mojej stronie w jednym z wątków mówiłem przed wyborami prezydenckimi w USA, że Obama niczego w Ameryce nie zmieni, bo jest tylko marionetką w rękach biznesu i wojska. Jeżeli się wychyli, to go po prostu zabiją. Oczywiście można się spierać co do rzeczywistych powodów jego działań, faktem jest jednak to, że Obama wojsk amerykańskich z Iraku nie wycofał i nie wycofa ani on, ani żaden kolejny amerykański prezydent. Amerykanie stracą zainteresowanie Irakiem, kiedy skończy się tam ropa naftowa - nie wcześniej.

W jednym z opracowań napisałem też, że wojna będzie sztucznie podsycana w celu usprawiedliwienia obecności amerykańskich wojsk na Bliskim Wschodzie. Oto jedna z metod.

IAR, PKo/20:05

USA "zgubiły" 87 tysięcy sztuk broni

Stany Zjednoczone straciły kontrolę nad jedną trzecią broni dostarczonej do Afganistanu. Tak wynika z raportu amerykańskiego Urzędu Odpowiedzialności Rządu, który jest odpowiednikiem naszej Najwyższej Izby Kontroli.
W ciągu ostatnich 4 lat Stany Zjednoczone wydały 120 milionów dolarów na zakup uzbrojenia dla afgańskich sił bezpieczeństwa. Za tę kwotę kupiono 240 tysięcy pistoletów, karabinów i moździerzy. Z raportu Urzędu Odpowiedzialności Rządu wynika, że Pentagon nie dysponuje właściwą dokumentacją dotyczącą 87 tysięcy sztuk broni. Wojskowi nie spisali numerów seryjnych 50 tysięcy karabinów i pistoletów. W pozostałych przypadkach nie wiadomo, komu zostały one dostarczone. Amerykanie nie mają też pełnej dokumentacji 135 tysięcy sztuk broni, dostarczonej do Afganistanu przez 21 innych krajów.

Raport będzie tematem przesłuchań w komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów. Kongresmani mówią, że obecna sytuacja grozi tym, iż amerykańscy żołnierze mogą ginąć od kul wystrzelonych z broni, którą sami dostarczyli do Afganistanu.


Źródło: onet.pl, luty 2009

I kolejna informacja.

CNN, Pog/13:12
"Przyszłość widzę w czarnych barwach"

Szef Centralnego Dowództwa USA David Petraeus w czarnych barwach widzi najbliższą przyszłość Afganistanu. Podkreśla, że liczba ataków i zamachów przeprowadzanych przez talibów osiągnęła rekordowy, najwyższy od 2001 roku poziom.
- Nie ulega wątpliwości, że w ciągu ostatnich dwóch lat sytuacja w Afganistanie uległa gwałtownemu pogorszeniu i że czeka nas bardzo trudny okres. Ubiegły tydzień przyniósł największą liczbę zamachów i ataków od rozpoczęcia interwencji zbrojnej w Afganistanie w 2001 roku - powiedział Petraeus podczas wystąpienia na dorocznej konferencji waszyngtońskiego instytutu analitycznego Center for a New American Security.

Petraeus wypowiadał się w momencie, gdy Stany Zjednoczone przyjmują nową strategię w Afganistanie, zwiększając liczebność swych wojsk i skupiając się na działaniach przeciwko talibom i islamistom. Zdaniem generała, podejmując działania w Afganistanie, Ameryka powinna czerpać z doświadczenia z wojny w Iraku. W najbardziej intensywnym momencie zbrojnego powstania przeciwko siłom międzynarodowej koalicji w Iraku dochodziło do stu sześćdziesięciu gwałtownych zamachów dziennie. W tym momencie jest ich od dziesięciu do piętnastu.

To właśnie Petraeus był autorem strategii polegającej na wysłaniu do Iraku dodatkowej, znacznej ilości wojsk, co przyczyniło się do stabilizacji w tym kraju. Irak powoli zaczyna powracać do normalności, lecz Afganistan "zmierza w odwrotnym kierunku", ostrzegł Petraeus. Dodał, że w "najbliższym czasie można się spodziewać jeszcze większej liczby ataków, gdyż wojska koalicji rozpoczynają działania w rejonach, które dotychczas stanowiły bezpieczne schronienie dla islamistów". Według Petraeusa Afganistan niesie ze sobą wyjątkowo trudne wyzwania, dodając, że jednym z ważniejszych założeń strategii amerykańskich wojsk w tym kraju jest zbliżenie się do lokalnej ludności, zbudowanie relacji z mieszkańcami Afganistanu oraz "pełne zrozumienie" ich kultury i tradycji. I podobnie jak w Iraku, właściwe wyszkolenie afgańskich służb bezpieczeństwa będzie kluczowe dla długofalowego bezpieczeństwa i stabilizacji Afganistanu.

Prezydent Barack Obama zatwierdził plan przewidujący wysłanie dodatkowych dwudziestu jeden tysięcy amerykańskich żołnierzy do Afganistanu. W ubiegłym miesiącu sekretarz obrony Robert Gates zapewnił dodatkowy zastrzyk energii mianując na głównego dowódcę sił USA i NATO w Afganistanie generała Stanley'a McChrystala, byłego dowódcę amerykańskich specjalnych sił operacyjnych. Także w ubiegłym miesiącu prezydent Obama spotkał się z prezydentami Afganistanu i Pakistanu, obiecując zwiększenie wysiłków mających na celu walkę z islamistami. Obama zaapelował między innymi o bardziej intensywne i gruntowne szkolenia wojsk, a także skierował cywilnych ekspertów do pomocy w rozwiązywaniu problemów w Afganistanie.

Amerykańska operacja zbrojna w Afganistanie rozpoczęła się w 2001 roku po zamachach terrorystycznych z jedenastego września na Waszyngton i Nowy Jork. Amerykańskie wojska wkroczyły do Afganistanu i obaliły rząd talibów wspierający i udzielający schronienia terrorystom w al Kaidy. W ostatnich miesiącach talibowie jednak zdecydowanie  zwiększyli swe wpływy w Afganistanie i zaczęli przeprowadzać coraz więcej zamachów. Od początku roku w Afganistanie zginęło już stu trzydziestu trzech żołnierzy sił koalicji, w tym siedemdziesięciu trzech Amerykanów.


Źródło: onet.pl, czerwiec 2009

Siedem lat po ataku na Irak w tym kraju bardzo daleko jest do normalności. Obietnice Amerykanów o jego odbudowie rozpłynęły się we mgle, tak samo jak iracka broń masowego rażenia. Jak na razie nie można się doliczyć około 23 miliardów dolarów przekazanych przez USA na rzekomą stabilizację i odbudowę Iraku. Nie wiadomo, co się stało z tymi pieniędzmi. Część z nich z pewnością została wyłudzona przez amerykańskie i koalicyjne firmy zajmujące się „odbudową” Iraku, ale część z pewnością trafiła w ręce „terrorystów”, podsycając wojnę. A kolejne tysiące żołnierzy, zarówno amerykańskich, jak też koalicyjnych, w tym polskich, jadą w sam środek sztucznie wywołanego i sztucznie podsycanego konfliktu wierząc, że walczą o czyjąś wolność, dobrobyt, cywilizację, edukację, itp.

Fikcyjna Al-Kaida
Po zamachach z 11 września oficjalne władze bez opamiętania straszyły nas tysiącami ukrytych fanatyków Al-Kaidy, gotowych w każdej chwili dokonać jeszcze większych zamachów. W USA z tych tysięcy terrorystów do 2006 roku skazano tylko jednego, i to dlatego, że sam się przyznał, a sąd nie był w stanie niczego mu udowodnić. Reszta terrorystów rozpłynęła się w powietrzu.
Podobnie jest w przypadku zamachów w Londynie.

06.05.2009 06:43/The Guardian

Cztery lata bezkarności zamachowców

Cztery lata, 52 zabitych, koszt śledztwa przekraczający 100 mln funtów - i żadnego wyroku skazującego
Władze są zdania, że uniewinnienie trzech mężczyzn, oskarżonych o udział w zamachach 7 lipca 2005 roku w Londynie, źle wróży: być może ostatecznie nikt nie odpowie za ten akt terroru.
Wysocy funkcjonariusze prokuratury i służb specjalnych zmuszeni byli ostatnio przyznać: jest wysoce prawdopodobnie, że mimo przekonania służb, iż w przygotowaniu operacji terrorystycznej brało udział ponad 20 osób, nikt nie stanie przed sądem w związku z zamachami 7 lipca, określanymi w Wielkiej Brytanii jako "7/7 bombings". Opinię tę wygłoszono wkrótce po tym, gdy trzej mężczyźni - jedyni, którzy zostali postawieni w stan oskarżenia w związku z zamachami - zostali uniewinnieni na posiedzeniu sądu 28 kwietnia. Mimo wydatków rzędu 100 milionów funtów i największego śledztwa w najnowszej historii Anglii, sąd w Kingston oczyścił trzech podejrzanych z zarzutu prowadzenia "rozpoznania" przed dwoma zamachami. 25-letni Waheed Ali, 32-letni Mohammed Shakil i 28-letni Sadeer Saleem stanęli już przed sądem w ubiegłym roku, wówczas jednak ławie sędziowskiej nie udało się podjąć decyzji.
"Sprawdziliśmy każdy możliwy trop - stwierdził w rozmowie z "Guardianem" Peter Clarke, były szef wydziału antyterroryzmu stołecznej policji, który kierował śledztwem od początku, aż do przejścia na emeryturę pod koniec ubiegłego roku. - Nie widzę żadnych nowych punktów zaczepienia. Prawdę mówiąc, całe dochodzenie opierało się na trójce, która odpowiadała na pytania sądu podczas ostatnich rozpraw". Inny wysoki oficer policji, który pragnął zachować anonimowość, przyznał, że dochodzenie utknęło w martwym punkcie. Mimo, że według ostrożnych szacunków w kolejne etapy przygotowań świetnie skoordynowanej serii zamachów, począwszy od planowania, skończywszy na podkładaniu ładunków, zaangażowanych było ponad dwadzieścia osób, nie udało się ująć nikogo poza wyżej wspomnianą trójką.

Waheed Ali, Mohammed Shakil i Sadeer Saleem znaleźli się w centrum zainteresowania służb specjalnych, gdy odkryto śladowe ilości DNA i odciski palców, które świadczyły o ich obecności w dwóch zakonspirowanych wytwórniach ładunków wybuchowych w Leeds. Po przeanalizowaniu przez detektywów zapisu połączeń z blisko pięciu tysięcy telefonów komórkowych i ok. 90 tysięcy rozmów udało się również ustalić, że podejrzana trójka przebywała w dniach 16 i 17 grudnia 2004 roku w Londynie wraz z dwoma zamachowcami-samobójcami: Hasibem Hussainem i Germaine Lindsay, znanym też pod nazwiskiem Abdullah Shaheed Jamal.

Podczas przesłuchań trzej podejrzani utrzymywali jednak uparcie, że do Londynu wybrali się "na wycieczkę", podczas której zwiedzili m.in. Londyńskie Oko (gigantyczny "diabelski młyn" nad brzegiem Tamizy), oceanarium i Muzeum Historii Naturalnej i że nigdy nie popierali idei zamachów samobójczych. Na ich niekorzyść przemawiał fakt, że nie udało się ich zidentyfikować na żadnym z nagrań obficie umieszczonych w tych miejscach kamer przemysłowych. Nie pojawili się jednak również na nagraniach z miejsca zamachu - w dossier policji zachowało się natomiast kilkadziesiąt innych odcisków palców i próbek DNA z wytwórni bomb, których nie udało się już przypisać żadnej konkretnej osobie.

Orzeczenie sądu zwalniające od odpowiedzialności trójkę podejrzanych czyni wysoce prawdopodobnym opublikowanie raportu komisji parlamentarnej ds. służb specjalnych i bezpieczeństwa, który może się okazać miażdżący dla kontrwywiadu (MI5) i policji z hrabstwa metropolitarnego West Yorkshire. Obie formacje popełniły szereg błędów, które w rezultacie uniemożliwiły im prewencyjne zatrzymanie dwojga z zamachowców; osoby, które miały okazję zapoznać się z raportem twierdzą, że jest on "miażdżący" dla aparatu ścigania i poczynionych przezeń zaniedbań. Z nieoficjalnych informacji wynika, że kontrwywiad przeoczył również szereg tropów ukazujących powiązania organizatorów zamachu z obozami szkoleniowymi terrorystów w zachodnim Pakistanie. Jak wynika z ujawnionych dotychczas danych, agenci MI5 mieli w 2004 roku możliwość przynajmniej pośredniej obserwacji czterech spotkań organizatorów zamachów, Mohammeda Khana i Shehada Tanweera. Co najmniej na jednym z nich był również obecny Omar Khyam, który planował wysadzenie w powietrze sieci domów handlowych i w 2007 roku po krótkiej rozprawie został skazany na dożywocie.

Analitycy komisji w pierwszej kolejności pragną dowiedzieć się, dlaczego policja nie skoncentrowała się na ustaleniu tożsamości i miejsca pobytu Khana i Tanweera w sytuacji, gdy weszła już w posiadanie ich zdjęć i nagrań z podsłuchu? Dlaczego Scotland Yard lub MI5 nie przekazały policji w West Yorkshire (gdzie odbywała się większość spotkań)? Wreszcie - czy komitet rzeczywiście otrzymuje wszystkie informacje, jakie udało się zgromadzić wywiadowi na temat obozów szkoleniowych w Pakistanie?

Ciężar oburzenia publicznego przesunął się w tej sytuacji z (domniemanych) sprawców zamachu na służby, które nie wywiązały się należycie ze swego zadania. Osoby, które ocalały w zamachu i rodziny ofiar domagają się wszczęcia dochodzenia parlamentarnego, które miałoby za zadanie zweryfikowanie zarzutów komisji. "Nie sposób uwolnić się od pytania, czy możliwe było zapobieżenie zbrodni" - stwierdził Robert Webb, brat 29-letniej Laury, która zginęła przed czterema laty na stacji metra przy Edgware Road. Sadeer Salim nie zaprząta sobie tym głowy; po wyjściu z gmachu sądu oświadczył, że jest "całkowicie niewinny". "Straciłem dwa lata życia, których już nigdy nie zdołam odzyskać" - ubolewał.

Współoskarżeni Waheed Ali i Mohammed Shakil zostali podczas rozprawy rewizyjnej skazani za próbę wzięcia udziału w szkoleniu dla terrorystów. Zostali zatrzymani dwa lata temu w drodze na lotnisko w Manchesterze, skąd zamierzali odlecieć do Pakistanu.


Źródło: onet.pl

Tak samo dziwny wydaje się całkowity brak jakichkolwiek zamachów w USA czy w Europie w czasie krachu finansowego w roku 2008. Nie trzeba było robić nic spektakularnego - wystarczyło wysadzić w powietrze parę koszy na śmieci w okolicach Wall Street albo londyńskiego City, żeby spotęgować panikę. A tu cisza. Najgroźniejsze organizacja terrorystyczna świata również rozpłynęła się w niebycie.

Podsumowanie
W swoich opracowaniach starałem się przestawić mój własny punkt widzenia na zamachy z 11 września 2001 roku, uwzględniając szerszą perspektywę, szerszy kontekst tych wydarzeń. Oczywiście nikomu mojego punktu widzenia nie narzucam, ponieważ każdy ma prawo do własnego zdania, a ja monopolu na prawdę nie mam. Myślę jednak, że niezgodności w oficjalnej wersji jest tak wiele, że nie sposób tej wersji zaakceptować. Ponadto właściwe odczytanie tych wydarzeń pozwoli np. na trafne prognozowanie możliwości wystąpienia podobnych wydarzeń w przyszłości. Okazuje się, że wydarzenia mające wpływ na szerokie rzesze ludzi, poruszające całe społeczeństwa i narody można przewidywać z odpowiednim wyprzedzeniem bazując na tym, co już było. W kontekście wydarzeń z 11 września jest to o tyle istotne, że podobnej rangi wydarzenia z całą pewnością powtórzą się w przyszłości. Zagadnienie to przedstawię w kolejnych opracowaniach.

Kazimierz Ożóg


Wygenerowano w sekund: 0.00
2,355,878 Unikalnych wizyt