Zobacz temat

 Drukuj temat
"Ameryka Ameryka, czyli łóżko i fabryka?"
Dennis
#1 Drukuj posta
Dodany dnia 17-01-2008 23:05
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Nie ma wątpliwości. Mamy jako naród jakiś kompleks ameryki. Jak obecnie możemy się przekonać kryzys obnaża jednak pewne mankamenty tamtego systemu, który w dużej mierze polega tzw na wolności gospodarczej i dość ortodoksyjnym konserwatyzmie w zwyczajach i mentalności amerykanów.

Zakładającemu ten wątek chodzi o to, żeby choć po części odmitologizować image Ameryki, jaki ciągle tkwi w naszej przeciętnej wyobraźni. Zmiany jakie zachodza w ostatnim czasie u nas w kraju dają nam skalę porównania standardów europejskich do amerykańskich. Zmienia się więc nasza świadomość.

Ameryka nie jest państwem opiekuńczym. To podejście stanowi o modelu konserwatywno - liberalnym będącym podstawą państwowości.

Efektem tego podejścia są np inne zasady wyliczania stopy bezrobocia, które w USA jest dużo większe niż podają liczby, tylko tam nie wliczają ludzi, którzy zaprzestali szukać pracy - urzędy wykreślają ich i statystyki się poprawiają; poza tym, nie liczą też więźniów - gdyby dodać 2 mln osób, to bezrobocie byłoby podobno niewiele niższe od tego w UE. Statystyki nie uwzględniaja takze rzeszy bezrobotnych imigrantów żyjacych w komunach, w gettach i rynsztokach.

Jak zmieni się życie amerykanów, ameryki po kataklizmach, których skutki nie zostały usunięte do dzisiaj a mieszkańcy N. Orleanu wypominają Bushowi jego obietnice pomocy. Jak zmieni się ono wskutek globalnej katastrofy finansowej. Czy sposób wyliczania bezrobocia ma wpływ na stosunkowo wysoki jeszcze (według danych) wzrost gospodarczy? Czy może administracja amerykańska jest zaintreresowana tym, by przed wyborami nie ukazywac prawdziwego oblicza gospodarki, która ulega dramatycznemu - według danych, pogorszeniu w ostatnich miesiącach/tygodniach?

Te pytania stawiamy dzisiaj nie znając do końca odpowiedzi. Ale z czasem - nie będą to z pewnością jakieś odległe terminy, nabierzemy większej wiedzy i obraz Ameryki się odsłoni.

Czy wpłynie to na nasze postrzeganie ameryki? Jestem o tym przekonany, podobnie jak byłem przekonany, że otwarcie Europy a zwłaszcza Wielkiej Brytanii i Irlandii będzie przede wszystkim przyczynkiem do skoku swiadomości młodego pokolenia polaków, z którym muszą się liczyć rządzący, partie i prezydent.

Jestem przekonany, że warto śledzić ten proces.
 
Kazimierz
#2 Drukuj posta
Dodany dnia 21-01-2008 10:09
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Dokładnie Dennis. Ten mit Ameryki jest w Polsce jakoś szczególnie odczuwalny. Wynika to chyba z faktu, że przez grubo ponad 100 ostatnich lat Ameryka była generalnie lepszym miejscem do życia niż Polska w odniesieniu do warunków materialnych. Znaczna część wyjeżdżających tam osób moim zdaniem nie bardzo potrafiła i niestety w dalszym ciągu nie bardzo potrafi dostrzec rzeczywistość. Oszołomieni przeszłą już siłą amerykańskiego dolara i nachalną amerykańską propagandą sukcesu nie potrafią ci ludzie dostrzec istoty sprawy. I nie dziwię się prostym ludziom, którzy - bez obrazy - oderwani od pługa rozpoczynali w Ameryce swoje drugie życie, często nie po to, żeby się dorobić, ale po to, żeby przeżyć. Ale wręcz wstrząsające może być to, że zaślepieni Ameryką bywają ludzie wykształceni, wydawałoby się świadomi rzeczywistości, dojrzali. Mój kolega, finansista, pracujący kilka razy w USA w czasie jednej z naszych rozmów na temat USA kilka lat temu (po 11 września) twierdził, że euro nigdy nie będzie droższe od dolara, że Ameryka jest wielka, że z każdego kryzysu wychodzi jeszcze mocniejsza, itd. Kiedy go tak słuchałem doszedłem do wniosku, że mówi przez niego amerykańska propaganda. Co do euro, wiemy jaki dzisiaj jest jego kurs do dolara. Takie przykłady mógłbym mnożyć. Chyba jak na razie najbardziej trafną ocenę kondycji USA z osób, które tam były, przedstawił nauczyciel języka angielskiego, z którym miałem zajęcia na studiach, a który przejechał Amerykę wzdłuż i wszerz. Stwierdził, że w miarę przyzwoity poziom życia to są obszary uprzemysłowione, czyli głównie wschodnia część USA oraz południowa-zachodnia. Reszta to skansen. W niektórych miejscach czas zatrzymał się w latach 50-tych - 60-tych XX wieku. Opuszczone, rozpadające się osady i miasteczka, ubóstwo, bieda. Ale takiej Ameryki w telewizji nie zobaczymy.

Z kompleksem Ameryki ma generalnie problem cały świat. I będzie go miał, dopóki nie zrozumie, że świat bez Ameryki może istnieć, i to istnieć znacznie lepiej i sprawniej. Póki co amerykańska propaganda robi wszystko, żeby świat przekonać o tym, że jest inaczej - że bez USA świat zginie, przepadnie, że nas pozabijają terroryści czy Marsjanie, że bez USA świat nie będzie istniał. Można powiedzieć, że Ameryka takimi działaniami postawiła się w miejscu jakiegoś wszechmogącego boga, który ma receptę na wszystko i który może wszystko. Rzeczywistość pokazuje jednak, że za tym pozornym obrazem potęgi i wszechmocy kryje się rozpadająca kreatura siły i wolności. Kwestią otwartą pozostaje to, jak długo ten rozpad potrwa.

Co do naszych rodaków wyjeżdżających do pracy do Anglii czy Irlandii to twierdzę, że niestety znaczna część z nich jest kompletnie nieodporna na zachodni styl życia, a co gorsza, bez większych oporów przyjmuje ten styl życia, a właściwie użycia. Ale z drugiej strony, patrząc z perspektywy trendów długookresowych, może właśnie obecnie Polska przeżywa coś na kształt oczyszczania z ludzi, dla których pieniądze są jedynym wyznacznikiem i celem życia. Gdyby tak było, byłby to zdecydowanie pozytywny proces.
 
Dennis
#3 Drukuj posta
Dodany dnia 22-01-2008 01:08
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Kazimierz.
Chciałoby się powiedzieć God bless America!

Ale zacznę od końca. Do Irlandii i Wlk Br wyjechali ludzie biedni, albo niezamożni, których dręczył brak szans w Polsce. Musze powiedzieć, że stałem i ze łzami nadziei w oczach życzyłem im szczęśliwej drogi i wszelkiego powodzenia, jak nie finansowego, to chociaż takiego ludzkiego poznawczego powodzenia w internacjonalnym obyciu.

W tym też gronie była moja córka architekt. Dzisiaj, po dwóch latach ciężkiej (bo w sumie w samotności - choć wspierana przez tatę) pracy w jednym ze znakomitych biur w Szkocji, zdoobyła już jakiś status, doświadczenie co ciężko byłoby jej osiągnąc tutaj.

W zasadzie nieświadomie ją zainspirowałem do tego wyjazdu, bo kiedyś jej powiedziałem, że jeśli wyjedziesz na kilka lat z Polski, to po powrocie stwierdzisz, że nic istotnego Ciebie nie ominęło.

Ja tez pracowałem i pracuję nadal, choć z większym już umiarem w delegacjach w terenie i również przez długie lata w Niemczech. I zawsze jak patrzyłem na ten dorobek tamtejszej demokracji, na te proste implikacje, to zastanawiałem sie jak i co uczynić trzeba, by przenieść te doświadczenia i procedury na nasze poletko, bo zawsze gdy wracałem odczuwałemm pewien niedosyt i ręczne sterowanko według widzimisię.

Poruszę sprawę podatków. Ilu obywateli ma zaufanie do Państwa? Ilu obywateli wie ile w Polsce jest podatków? Czy jeśli się nie wie za co się płaci, albo komu służą należności podatkowe, można mieć zaufanie do państwowości? Ile procent polaków umie wypełnić PIT? Ilu uważa, że połowa rubryczek w ogóle nie jest potrzebna?

I tu wracam do mojej latorośli, która posłuchała ojca i wybrała doświadczoną demokrację. I ogromnie się równiez cieszę jak tu i ówdzie słyszę, że Polacy z wysp mają cos już do powiedzenia, mają już jakiś dorobek i z pewnoscią większa lub mniejsza ich część wróci do Polski. Wróci, bo funt jest tańszy, wróci,bo ma kapitał, wróci, bo chce czegoś w życiu dokonać i wie juz jak, zna procedury standardy branżowe - to da nam profesjonalne zaplecze produkcyjno-usługowe, a i urzędników zainspiruje nowe podejście, nowe wymagania podatników i obywateli.

Więc myślę, że gdy moja córka wróci za kilka lat będzie mieć większą wiedzę na tematy branżowe i standardy zawodowe w swojej profesji. Nie będzie miała wiedzy na tematy zaściankowe i może lepiej. Polskie procedury do tego czasu się wyszlifują i będzie mogła je szybko opanować. Dzisiaj sa takie sobie różne pomysły - ostatnie dotyczace certyfiukatów energetycznych dla wszystkich sprzedawanych obiektów. Brednia kolejna.
Zgopda więc, że w dużej części rodacy jadą na wyspy żeby się dorobić. Ale nawet gdyby nie chcieli, to i tak pewna część się czegoś nauczy. Trzeba bowiem pamietać, ze anglik to panisko kolonialne (a nie żaden amerykański kołek z farmy w texasie), które z podbitymi nauczyło się żyć w zgodzie, w symbiozie.

Polacy pracujący w USA to zupełnie inna kategoria i tu się podpisuję obiema rękoma pod charakterystyką w całej rozciągłości. To prości robotnicy, którzy wyjechali dzięki koneksjom rodzinnym z dziada pradziada jak to się mawia. Więc jest to emigracja bardziej rodzinna, choć i taka naukowa tez jest; współpraca Polski z USA w tym zakresie jest dobrym akcentem.

Mnie jednak zastanawia, kiedy to zaślepienie ameryką odpuści. Jak piszesz o naukowcu, który tak się bezkrytycznie ameryka zachwyca to mnie jescze bardziej irytuje to korporacyjne podejście do wszystkiego, amerykanizacja życia, reklam, stosunków międzyludzkich, nazewnictwa na szceblach kariery.

Gdzie pracujesz? w HR, kim jesteś? - inżynier SAP, co robisz nowego? projekt robię [...] - do cholery, jaki projekt?? czy projektem trzaba nazwać wymianę połowy zatrudnienia i wyburzenie połowy zabudowy? czy projektem jest jak facet siedzi i wykonuje zwykłe czynności administracyjne? Nie wspomnę już o takich zawodach jak sales manager, managig director, project (sic!) manager ! ! !

Jest psychologia i jest ona wykorzystywana w różnych celach - sekciarstwo objawia się stworzeniem kultu, odrębności, wyznaczeniem przedmiotu kultu. Wiele amerykańskich przedsiębiorstw stacjonujących w Polsce używa tego kodu jako korporacyjnego, żeby władać ludźmi, swoimi pracownikami, społecznościami i stanowi w Polsce powszechny porządek, rozpowszechniany przy użyciu oprogramowania SAP - business software for applications.
Amerykanizacja jest wszechobecna.

Pojaiwaja się doniesienia o znaczeniu infrormacji, o zbieraniu informacji, o wykorzystywaniu informacji, tworzone sa algorytmy, które z prostych danych dotyczących odwiedzanych witryn, pory dnia, częstotliwości wizyt układaja w głupkowatym binarnym systemie dokładny obraz społeczeństwa, społeczności, jednostek. O włos od utraty kontroli.

O znaczeniu tej informacji, o znaczeniu zakorzenionych już systemów dla ekspansji amerykanizmu do wykorzystania przez ludzi żądnych władzy bezkresnej, rządu dusz, nie trzeba nikogo przekonywać. Zostaliśmy spreparowani do współpracy z korporacjami. Pół biedy jeśli z tego wyjdzie co dobrego.

Ale co stanie się z hipertechnologią, systemami, gdy Ameryka znajdzie się na skraju równi pochyłej?

Wink

PS. Kazimierz, rozpadające się miesteczka i chałupy widziałem na filmie pt Sami Swoi z Kargulem i Pawlakiem, jak pojechali do Ameryki na pogrzeb. Ale wtedy to chyba był warunek propagadny dla reżysera, choc zdjęcia i kadry były przekonujace i prawdziwe i to w środku miasta - Pfft
Edytowane przez Dennis dnia 22-01-2008 09:52
 
Kazimierz
#4 Drukuj posta
Dodany dnia 22-01-2008 09:55
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Dennis, co do zagranicznych wyjazdów zarobkowych naszych rodaków to masz może szczęście, że znasz je od strony ludzi wykształconych, świadomych, dojrzałych, o określonych zasadach życiowych i życiowych celach, ludzi z pozytywnymi ambicjami i dążeniami życiowymi. Ja z kolei mam doświadczenie z drugiego końca skali: z ludźmi prostymi, z reguły słabo wykształconymi, nie znającymi języków i niestety nie mających kompletnie chęci, żeby się ich uczyć. Takich ludzi wyjeżdża lub wyjechała znaczna część wszystkich, może większość. Widziałem, w co zmieniają się ci ludzie dosłownie po przekroczeniu polskiej granicy, kiedy zaczynają czuć się "wolnymi" - rodzina została gdzieś hen w Polsce, znajomych też niewielu, nikt się nie dowie, co tu się dzieje, bo reszta robi to samo i też musi być kryta. Przykład: wyjeżdża z Polski na zagraniczną "tułaczkę" młody mąż i ojciec, żeby zarobić na ten przysłowiowy chleb. Po przyjeździe na miejsce jedną z pierwszych rzeczy o jaką pyta jest to, czy dałoby się skołować sprzęt do pędzenia bimbru. Oczywiście dało się skołować.
Kto na parkingu przy klasztorze w Lourdes może żłopać piwo? Oczywiście Polak - katolik, który tchnięty religijnym uniesieniem wybrał się odwiedzić to miejsce.
Polacy to podobno znakomici pracownicy. Tyle tylko, że pracodawcy muszą mieć świadomość tego, że jeżeli cokolwiek da się wynieść z zakładu, to Polacy to wyniosą. I tak dalej, i tak dalej...

Zresztą przykład z naszego podwórka, z Polski. W katolickim kraju, gdzie podobno żyją ludzie z zasadami, widziałem ogłoszenia o pracę, gdzie pracodawca precyzując stanowisko pracy oraz wymagania dodaje na końcu: "Najlepiej świadek Jehowy". Dlaczego? Bo świadek Jehowy traktuje poważnie to, w co wierzy i ma to oczywiste przełożenie na jego codzienne życie i postępowanie, również wobec pracodawcy. A Polak - katolik ma swoją wiarę gdzieś...

Moje obserwacje obecnej emigracji zarobkowej Polaków i jej skutków prowadzą do ponurych wniosków. Są nowe, piękne domy, samochody, komputery, DVD i co tam jeszcze - i przy tym jest przeświadczenie, że najlepszym wyjściem dla własnych dzieci jest taka praca, jaką ma tata - gdzieś na Zachodzie - za najniższą stawkę, prosta, fizyczna robota. Szkoła dla dzieci? Studia? Po co, skoro i tak w Polsce nie mają co robić? To są sytuacje, z którymi spotykam się na co dzień.
 
Dennis
#5 Drukuj posta
Dodany dnia 22-01-2008 17:40
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Kazimierz, to rzeczywiscie trudny temat. Nad naszym poczuciem wartości wisi jakieś fatum, szybko umiemy się stoczyć. Ale myślę, że mentalność, zwyczaje i zainteresowania zostały w pewnych kręgach społeczności lokalnych po prostu wyrugowane przez totalitarny system. Nie do końca winię tych ludzi a znam podobne jak opisane przypadki z mojej wieloletniej pracy w Niemczech. Ale oczywiście zmienić muszą to oni sami, nikt im w tym nie będzie pomagał.



 
Kojan
#6 Drukuj posta
Dodany dnia 22-01-2008 18:55
Użytkownik

Postów: 7
Data rejestracji: 30.12.06

Witam,

Nie sądzę, aby mit, Ameryki był czymś szczególnie przypisanym do Polski i do Polaków. Przecież to jest również "raj" dla azjatów, latynosów i Bóg jeden wie dla kogo jeszcze. Tak naprawdę nie przypisujmy sobie kompleksów, które nie istnieją. A mit Ameryki (o ile w ogóle istniał) prysł z chwilą wejścia do EU.
Ludzie, którzy tam jeździli kierowali się bardzo prostą zasadą - tam można było zarobić pieniądze, pracując uczciwie i w rozsądnym czasie, których w żadnym razie nie zdobyłoby się w Polsce. Ja nie doszukuje się żadnej ideologi, kompleksów, czy mitów u mojego znajomego, który w latach osiemdziesiątych pojechał do Ameryki, zarobił na mieszkanie, samochód, i dziesiątki innych "pierdół" niedostępnych dla Polaków w Polsce w tamtym czasie.
Kiedy te same możliwości pojawiły się bliżej, prosta kalkulacja spowodowała wyjazdy do UK i Irlandii, a obecnie nawet do Islandii. A korzyści znacznie większe bo to tylko dwie godziny samolotem od Polski, oficjalna praca, ubezpieczenie, itd. Ot i cały mit Ameryki.

Ja lubię Amerykę, być może dlatego, że byłem tam tylko parę razy służbowo i na wakacjach (tani dolar Smile i nie musiałem uganiać się za pracą. I na szczęście.
Przejechałem wzdłuż i wszerz jej zachodnią część i mogę powiedzieć, że to przepiękny kraj, Ale dla mnie jest tym samym co Francja, Hiszpania, czy Włochy. Miejscem do zwiedzania.

Pozdr.
 
Kazimierz
#7 Drukuj posta
Dodany dnia 23-01-2008 10:08
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Kojan napisał/a:

(...) A mit Ameryki (o ile w ogóle istniał) prysł z chwilą wejścia do EU. (...)

Nie prysł. Znam wielu ludzi, którzy od wielu lat pracują w USA, albo wielokrotnie tam byli. I większość z nich ma "skrzywienie" Ameryki. Godzą się jechać tam do pracy za znacznie mniejsze pieniądze niż mogliby zarobić na zachodzie Europy, ale jadą tam, bo "tam jest Ameryka". Kończy się w tym miejscu racjonalne myślenie, a górę biorą emocje sam nie wiem czym wywołane - chyba nieznajomością finansowych realiów zachodniej Europy. I to przeświadczenie o wszechpotędze USA, które wychodzi prawie w każdej z nimi rozmowie.

Ja nie mam nic przeciwko pieniądzom ani wyjazdom do pracy na zachód Europy czy do USA - czy gdziekolwiek indziej. Razi mnie jedynie bezmyślność w ich wykorzystaniu, jaką widzę wokół siebie, bezmyślność, która szczególnie młode pokolenie degraduje do warstwy fizycznych pracowników zamiast sprzyjać ich rozwojowi i awansowi społecznemu w dobrze pojętym znaczeniu tego słowa. Ale tak jak mówisz Dennis, to nastawienie muszą zmienić sami ci ludzie - nikt za nich tego nie zrobi.

Ja lubię Amerykę, być może dlatego, że byłem tam tylko parę razy służbowo i na wakacjach (tani dolar Smile i nie musiałem uganiać się za pracą. I na szczęście.
Przejechałem wzdłuż i wszerz jej zachodnią część i mogę powiedzieć, że to przepiękny kraj, Ale dla mnie jest tym samym co Francja, Hiszpania, czy Włochy. Miejscem do zwiedzania.

Kojan, jeśli masz jakieś ciekawe zdjęcia ze swoich podróży, to może pokazałbyś je nam? Daj znać, jeśli jesteś tym zainteresowany.
 
Kojan
#8 Drukuj posta
Dodany dnia 23-01-2008 21:16
Użytkownik

Postów: 7
Data rejestracji: 30.12.06

WItam,

Zgadza się, że sporo ludzi jeździ zarobkowo do Ameryki i wciąż tam powraca. Ale jaka jest ta statystyka wszystkich emigrujących, bądź czasowo pracujących w innych krajach? Ja znam osoby, które od wczesnych lat dziewięćdziesiątych jeżdżą do tej pory do Włoch (a pracujący we Wloszech Polacy przez bardzo długi byli traktowani przez tubylców z nieskrywaną niechęcią, mimo to wracali). Dlaczego nie zmienili kierunku na UK, gdzie wiadomo, że mogą zarobić znacznie więcej? Jak dużo Polaków ciągle jeździ do dojczlandu? Itd. Sądzę, że mit Ameryki to bardziej mit prasowy, aniżeli rzeczywisty, funkcjonujący wśród ludzi. A czy obecnie nie tworzy się na mit UK i Irlandii (vide ostatnia kampania wyborcza). Przecież mnóstwo Polaków pracuje tam poniżej swoich kwalifikacji, ale są już w stanie oddać głowę za Krolestwo i Królową Smile. Aczkolwiek rozumiem ich podejście, bo pracę i mimo wszystko godne wynagodzenie znaleźli tam, a nie w Polsce. I uczciwie jest oddać szacunek tamtemu państwu.

A z moich osobistych obserwacji powiedziałbym, że jest to raczej pewnego rodzaju sentyment, bowiem Ameryka przypomina........ Polskę, a raczej Polska jest ubogą wersją Ameryki. I dlatego Polacy mogą dobrze się tam czuć. Podobieństwo polega na generalnym braku myśli urbanistycznej ich miast i miasteczek (nie wszyskie, ale na pewno większa połowa Smile). Przestrzenny bałagan, porozrzucone bezładnie i wszechobecne reklamy i kicz (przykładem światowej klasy kiczu jest Las Vegas). Nierzadkim widokiem są zaniedbane domostwa. Duże kontrasty w centrach miast, obok lśniących wieżowców rudery i obszary, którym blisko do slumsów.
Duże wrażenie zrobiło na mnie Los Angeles (a Hollywood w szczególności). Ale właśnie jako miasto, które dobrze nadaje się w celu odmitologizowania Ameryki. Gdyby usunąć wszystkie samochody, autostrady, zewnętrzny blichtr, niczym nie różniłoby się od miast ich sąsiadów z południa.
Mimo to cały czas lubię Amerykę, ponieważ posiada zalety nieobecne gdzie indziej. Ale to jest temat na inny post.

A jeśli chodzi o zdjęcia, to z chęcią mogę się podzielić. Ale uprzedzam, bardziej pokazują tę jaśniejszą stronę Grin Ameryki.
Poza tym polecam forum skyscrapercity, http://www.skyscr.../index.php. Można tam znaleźć mnóstwo interesujących relacji i zdjęć całego świata. Np. San Diego z polskiej częci tegoż forum http://www.skyscr...p?t=543882

Pozdr.
 
Dennis
#9 Drukuj posta
Dodany dnia 24-01-2008 00:04
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Kojan napisał/a:


A z moich osobistych obserwacji powiedziałbym, że jest to raczej pewnego rodzaju sentyment, bowiem Ameryka przypomina........ Polskę, a raczej Polska jest ubogą wersją Ameryki. I dlatego Polacy mogą dobrze się tam czuć. Podobieństwo polega na generalnym braku myśli urbanistycznej ich miast i miasteczek (nie wszyskie, ale na pewno większa połowa Smile). Przestrzenny bałagan, porozrzucone bezładnie i wszechobecne reklamy i kicz (przykładem światowej klasy kiczu jest Las Vegas). Nierzadkim widokiem są zaniedbane domostwa. Duże kontrasty w centrach miast, obok lśniących wieżowców rudery i obszary, którym blisko do slumsów.
Duże wrażenie zrobiło na mnie Los Angeles (a Hollywood w szczególności). Ale właśnie jako miasto, które dobrze nadaje się w celu odmitologizowania Ameryki. Gdyby usunąć wszystkie samochody, autostrady, zewnętrzny blichtr, niczym nie różniłoby się od miast ich sąsiadów z południa.
Mimo to cały czas lubię Amerykę, ponieważ posiada zalety nieobecne gdzie indziej. Ale to jest temat na inny post.

Pozdr.



Ze względu na późną porę ustosunkuję się do arcyciekawej tezy na temat podobieństw urbanistyki amerykańskiej i polskiej.

Korelacja polegająca na braku myśli urbanistycznej jest moim zdaniem niezbyt trafna. Ani polskie miasta ani amerykańskie nie zostały wybudowane bezmyślnie.

Autor się nieco zagalopował (i dobrzeWink), bo z pewnością zapomniał o polskiej szkole urbanistyki, o szachownicowym planie, który był stosowany na podbitych terenach przez rzymian, ale także przy okazji wielkiej lokalizacji Krakowa, około 1250 roku, kiedy to na wzór miast rzymskich na istniejacą siatke nieregularną nałożonu układ ortogonalny, zeby ...uporządkować i ułatwić administrację tymi terenami.

Nie ma w Polsce miasta, które nie miałoby swojej historii - nie mówię o wsiach, tylko o miastach - oczywiście są też takie miasta i miasteczka gdzie ostatnie 60 lat odcisnęło piętno, które trudno usunąć - vide Pałac Kultury i Nauki w stolicy, Nowa Huta i wszystkie "blokowiska". Ale urbanistyka miast polskich i amerykańskich ma wiele ciekawych akcentów, uznanych za zabytki klasy zero.

Co do Ameryki, to kilkaset lat po regulacji Krakowa nastąpił okres industrializacji, który rozpoczął z dokładnie tych samych powodów porządkowanie przestrzeni miejskich przez nałożenie na istniejące już organizmy miejskie fragmenty rastrów szachownic i innych systemów porządkujących, jak osie, diagonale(Broadway).

Nie sposób też odmówić uroku i magii niektórym ulicom, placom w Ameryce - które stały się symbolami - jak legendarna Mulholland Drive wiodąca przez górzyste tereny, na których położone sa najwspanialsze rezydencje Ameryki, zamieszkałe przez gwiazdy Hollywood, jak Central Park będący najbardziej znanym parkiem na świecie wraz z otaczającymi go apartamentowcami oraz wspomniany Broadway ze wszystkimi teatrami, knajpami, restauracjami.

Myślę, że kolega najzwyczajniej sie przejęzyczył, bo nawet jeśli kiedykowiek zawieruchy, krachy recesje przygniotą Amerykę, to te pomniki zostaną jako świadectwo cywilizacji.

Podobnie jak bardzo ciekawa historia urbanistyki w Polsce

pozdrawiam Cool
 
Kazimierz
#10 Drukuj posta
Dodany dnia 24-01-2008 12:43
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Polki na Wyspach usuwają ciążę legalnie i za darmo

Polska

Aż 31 tys. Polek dokonało w ub.r. aborcji w Anglii. To blisko 30 procent więcej niż rok wcześniej - pisze dziennik Polska.
Dane Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny są szokujące. Każdego roku aborcji za granicą poddaje się ponad 32 tys. Polek.

Najwięcej w Wielkiej Brytanii. Dlaczego? Bo do 24. tygodnia ciąży zabieg można tam wykonać bezpłatnie. Zasady są proste: kobieta może pozbyć się dziecka, jeśli ciąża zagraża jej życiu i zdrowiu, może też to zrobić ze względów społecznych, np. kiedy się uczy lub jest w złej sytuacji materialnej.

Według BPAS (brytyjska organizacja finansująca prawie połowę aborcji na Wyspach w ramach ubezpieczenia) Polki stanowią aż 80 proc. wszystkich cudzoziemek usuwających ciążę. W 2007 r. aborcji poddało się tam 31 tys. naszych rodaczek. Ta liczba wzrosła o prawie 30 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Według brytyjskiego resortu zdrowia tylko w trzech szpitalach na Ealingu, polskiej dzielnicy Londynu, usunięto w ub.r. ponad 2 tys. ciąż.

Patrycja, studentka łódzkiej uczelni, wpadła w rozpacz, kiedy na teście ciążowym zobaczyła dwa paski. Nie przyjmowała do wiadomości, że kilka nic nieznaczących randek z kolegą z roku skomplikuje jej życie. Z pomocą przyszła przyjaciółka z Londynu. - Przylatuj i o nic się nie martw. Za dwa tygodnie będzie po kłopocie - powiedziała przez telefon.

- Byłam przerażona. Mogłam to zrobić w Polsce, ale nielegalnie. Nie miałam na to pieniędzy. Zabieg kosztuje od 1,5 do nawet 6 tys. zł. Przyjaciółka z Londynu zapewniała, że na Wyspach nie będę miała kłopotów z prawem - mówi nam Patrycja.

Za bilet kupiony w promocji zapłaciła niecałe 300 zł. Zatrzymała się u koleżanki, a już następnego dnia dostała pracę w fast foodzie. Kiedy dostała numer ubezpieczenia NIN (National Insurance Number), zapisała się do GP, czyli lekarza pierwszego kontaktu. Ten skierował ją do kliniki, a tam dokonano aborcji. Patrycja w standardowym formularzu napisała, że chce się dalej uczyć i nie ma z czego utrzymać dziecka. Ciążę usunięto za darmo. Zarobione w fast foodzie pieniądze Patrycja wydała na prezent dla koleżanki.

Opowieści innych kobiet, które zdecydowały się wyjechać na Wyspy, by pozbyć się kłopotu, niemal nie różnią się od historii Patrycji. Polki są zadowolone, bo w pierwszych tygodniach ciąży nie ma interwencji chirurgicznej, a aborcji dokonuje się farmakologicznie. Dopiero w późniejszej fazie w grę wchodzi operacja.

- Wcale nie jestem zaskoczony liczbą angielskich aborcji. Myślę nawet, że może ich być więcej. Polska jest zacofana, jeśli chodzi o antykoncepcję. A prawo dotyczące możliwości usuwania ciąży jest absurdalnie surowe - mówi Marek Balicki (SLD), były minister zdrowia, obecnie wiceprzewodniczący sejmowej komisji zdrowia.

Posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska (PiS) z Komisji Polityki Społecznej i Rodziny: - W wielu przypadkach wyjazd do Anglii nie jest fanaberią, ale aktem rozpaczy i desperacji.

Kluzik-Rostkowska jako przyczyny takiego stanu rzeczy podaje, podobnie jak Balicki, niewiedzę o sposobach zapobiegania ciąży i słabą opiekę państwa nad samotną matką. W Anglii antykoncepcja jest darmowa. Jeśli kobieta nie chce pigułek, może dostać od lekarza darmowe prezerwatywy.

Liczba Polek usuwających ciążę w Anglii nie zaskakuje też działaczy Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, afiliowanej przy Radzie Ekonomiczno-Społecznej ONZ. - Tygodniowo odbieramy dwa, trzy telefony od kobiet, które chcą się dowiedzieć szczegółów na temat aborcji w Anglii - mówi Aleksandra Józefowska z Federacji. - Niektóre są ofiarami gwałtu. Choć w Polsce mają prawo do aborcji, wolą wyjechać za granicę. Mówią, że nasi lekarze nie chcą pomóc.

Ewa Piotrowska, rzecznik prokuratora generalnego, tłumaczy: - Nie ma przepisu, który zmusiłby lekarza do usunięcia ciąży. Ale jeśli odmowa przyczyni się do narażenia zdrowia i życia pacjentki, lekarz odpowiada tak samo jak za nieudzielenie pierwszej pomocy - dodaje.

Żeby pozbyć się ciąży, Polki wyjeżdżają też do Czech, Niemiec i Holandii. Do klinik w Czechach jeżdżą głównie mieszkanki regionów przygranicznych. Aborcja kosztuje tam ok. 2 tys. zł. W Holandii i Niemczech jest kilkakrotnie drożej, żeby jej dokonać bezpłatnie, trzeba mieć numer ubezpieczenia, czyli legalną pracę - a tamtejsze rynki nie są tak skore do zatrudniania Polaków jak Anglia.

Źródło: http://info.wiara...1201147211
 
Dennis
#11 Drukuj posta
Dodany dnia 24-01-2008 16:55
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Czyżby posłanka dwojga nazwisk dawała wsparcie emigracji aborcyjnej?
Dla mnie ten temat istnieje tylko w wymiarze politycznym, bo dotyczy polityków, którzy na tym temacie się wypromowali, a potem utrzymali - Kobra Goryszewski, Inkwizytor Giertych, Kaczor kaczyński, Wąsik Łopuszański, Dwojga imion bez nazwiska - czyli Marek Jurek - poznaniak, aż mi wstyd !

Żyć się odechciewa w tym kraju.
 
Kazimierz
#12 Drukuj posta
Dodany dnia 25-01-2008 12:21
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Kojan napisał/a:

Zgadza się, że sporo ludzi jeździ zarobkowo do Ameryki i wciąż tam powraca. Ale jaka jest ta statystyka wszystkich emigrujących, bądź czasowo pracujących w innych krajach? Ja znam osoby, które od wczesnych lat dziewięćdziesiątych jeżdżą do tej pory do Włoch (a pracujący we Wloszech Polacy przez bardzo długi byli traktowani przez tubylców z nieskrywaną niechęcią, mimo to wracali). Dlaczego nie zmienili kierunku na UK, gdzie wiadomo, że mogą zarobić znacznie więcej? Jak dużo Polaków ciągle jeździ do dojczlandu?

Może to jest siła przyzwyczajenia? Ludzie poznają w miarę dobrze warunki pracy i życia w danym kraju i nie chcą narażać się na nowe stresy wywołane zmianą kraju, obyczajów, warunków życia. Może wychodzą z założenia, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu? A poza tym są też gusty, o których podobno się nie dyskutuje Wink Jedni wolą ciepłe kraje, inni Skandynawię, jeszcze inni Amerykę. Istotne jest to, że mamy możliwość wyboru, ale też ponosimy odpowiedzialność za te wybory, chociaż nie każdy przyjmuje to do wiadomości.
Pewnie w każdej kulturze można znaleźć dobre, pozytywne aspekty. Dobrze byłoby owe dobre aspekty przenosić na nasz grunt i rugować te negatywne, ale z tym jest już znacznie gorzej.

A czy obecnie nie tworzy się na mit UK i Irlandii (vide ostatnia kampania wyborcza). Przecież mnóstwo Polaków pracuje tam poniżej swoich kwalifikacji, ale są już w stanie oddać głowę za Krolestwo i Królową Smile

Tworzy się taki mit. Nie jest jednak on tak duży, jak mit USA, również dlatego, że do USA jest się znacznie trudniej dostać. Jeśli ktoś "z ulicy" dostaje wizę do USA, to w dalszym ciągu traktowany jest jako swego rodzaju szczęściarz.
Gdyby istniały wizy do Wielkiej Brytanii czy Irlandii, status społeczny, prestiż osób tam pracujących byłby pewnie wyższy - ci którzy nie mogliby tam wyjechać czuliby się gorsi, widząc lepszych w tym, którym się to udało.

Aczkolwiek rozumiem ich podejście, bo pracę i mimo wszystko godne wynagodzenie znaleźli tam, a nie w Polsce. I uczciwie jest oddać szacunek tamtemu państwu.

Nie jest to bynajmniej gest solidarności mający pomóc biednym państwom. Jest to przede wszystkim działanie wynikające z rachunku ekonomicznego. Gdyby przed otwarciem rynków zachodnich rynków pracy analizy ekonomiczne wykazały, że napływ nowych pracowników będzie ekonomicznie nieopłacalny, do takiego otwarcia by nie doszło lub byłoby ono mocno ograniczone. Na ten należny tym państwom szacunek trzeba patrzeć przez pryzmat pieniędzy, jakie te państwa zarobiły na nowych, tanich pracownikach ze Wschodu.

Mimo to cały czas lubię Amerykę, ponieważ posiada zalety nieobecne gdzie indziej. Ale to jest temat na inny post.

No właśnie Kojan, a gdzie ten inny post? Wink Napisz, co podoba Ci się w USA.

A jeśli chodzi o zdjęcia, to z chęcią mogę się podzielić. Ale uprzedzam, bardziej pokazują tę jaśniejszą stronę Grin Ameryki.

Nic nie szkodzi. Jeśli możesz, opisz je jakoś, spakuj i wyślij na mój adres. Chętnie umieściłbym je w Galerii.

Dennis, co do zabudowy urbanistycznej to moim zdaniem w Polsce z tzw. planowaniem przestrzennym jest źle. Ostatnie kilkanaście lat w zabudowie miast co prawda przyniosło wyraźną poprawę, ale zabudowa wsi to jest kompletny bałagan. Nie wiem, czy ktokolwiek nad tym panuje, ale wygląda to tak, że jeśli masz działkę i przestrzegasz podstawowych przepisów, to możesz ją sobie zabudować jak chcesz. Zamiast jakoś rozplanować przestrzennie dany obszar i trzymać się tego planu jest tak, że dzisiaj masz pole uprawne, a jutro masz działkę budowlaną i budujesz dom. W efekcie jest wieś, gdzie wydawałoby się powinno być dużo miejsca i święty spokój, a tymczasem domy stoją dosłownie jeden na drugim i sąsiedzi zaglądają do siebie przez okna. Do tego dochodzi bałagan administracyjny z numeracją domów. Sam widziałem wykazy na podatki gruntowe, na których były pod jednym adresem są 3 domy. A ile jest sytuacji, że masz domy o numerach powiedzmy 5, 6, potem jest dziura i pojawia się dopiero numer 9. A te dwa brakujące domy stoją zupełnie gdzie indziej, i to w różnych miejscach. Takie są obecne polskie realia.

Co do "turystyki aborcyjnej" miałem na myśli to, co się dzieje z naszym "katolickim" narodem.
Edytowane przez Kazimierz dnia 25-01-2008 12:35
 
Boruta
#13 Drukuj posta
Dodany dnia 26-01-2008 15:49
Użytkownik

Postów: 2
Data rejestracji: 06.08.07

Witam ...Cool

Kazimierz napisał/a:
...co do zabudowy urbanistycznej to moim zdaniem w Polsce z tzw. planowaniem przestrzennym jest źle. Ostatnie kilkanaście lat w zabudowie miast co prawda przyniosło wyraźną poprawę, ale zabudowa wsi to jest kompletny bałagan. Nie wiem, czy ktokolwiek nad tym panuje, ale wygląda to tak, że jeśli masz działkę i przestrzegasz podstawowych przepisów, to możesz ją sobie zabudować jak chcesz. Zamiast jakoś rozplanować przestrzennie dany obszar i trzymać się tego planu jest tak, że dzisiaj masz pole uprawne, a jutro masz działkę budowlaną i budujesz dom. W efekcie jest wieś, gdzie wydawałoby się powinno być dużo miejsca i święty spokój, a tymczasem domy stoją dosłownie jeden na drugim i sąsiedzi zaglądają do siebie przez okna. Do tego dochodzi bałagan administracyjny ...


Całkowicie zgadzam się z Kazimierzem, ...

wprawdzie poza sporadycznymi wypadami nie przebywałem dłużej za granicą, ale np. to co mnie najbardziej uderzyło po powrocie z Francji (...), to odczucie swoistego bałaganu architektonicznego w rodzinnych "małomiasteczkowych" okolicach.
Tutaj nie tylko, że wieloletnie zaniedbania w planowaniu przestrzennym spowodowały, że istniejaca samowola budowlana utrudnia racjonalne zagospodarowanie przestrzeni publicznej to jeszcze dowolność stylów architektonicznych (zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach) powoduje silną dysharmonię w stosunku do otoczenia i powiem wprost ..."zaśmieca krajobraz".
Moim zdaniem (dodając to na co zwrócił uwagę mój przedmówca, że ludzie zagladają sobie do okien ) nie pozostaje to bez wpływu na naszą "psyche" ...


Pozdrawiam ...
 
Dennis
#14 Drukuj posta
Dodany dnia 26-01-2008 17:58
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Urbanistyka to urbanistyka - jak wiadomo dotyczy miast - odciąłem się w mojej wypowiedzi z 24-01 od wsi, bo to właśnie tak wygląda. W odniesieniu do wsi planowanie przestrzeni określa sie pojęciem ruralistyka. Polska wieś bywa często kopią kołchozu - PGR w środku i czworaki wymalowane w pasy z płaskimi dachami, obok garaże, komórki i przeciekające szambo. To dramat.

Wracając do miast jednak, urbanistyka współczesna przysparza wielu kłopotó współczesnym projektantom. Chodzi mianowicie o wymogi technologiczne, szybkość budowania, dostępność technologii itp. Ale nadal można projektować wspaniałe układy, jak choćby Byker Wall w Newcastle Ralpha Erskine'a czy wiele innych w Polsce.

Szkoda, że tak na dobrą sprawę wieś w Polsce znajduje się za wysoka barierą świadomościową, materialną, technologiczną i Bóg wie jaka jescze. To efekt działalności minionej epoki i gry problematyką wsi - gry, której nie może wystrzec się żadna z rządzących ekip
 
FURMAN
#15 Drukuj posta
Dodany dnia 27-01-2008 16:50
Użytkownik

Postów: 211
Data rejestracji: 28.11.06

Wlasnie rozmawialem z kumplem ktory siedzi w Chicago, mowil, ze bezrobocie zaglada mu w oczy, jego firma chyba upadnie! firma zwiazana ze zbrojeniowka!!

ogolnie mowiac, "od srodka" wyglada to jeszcze gorzej niz my to teraz widzimy i gorzej niz w mediach podaja

dodam tylko jeszcze, że jest to czlowiek wyksztalcony w miare i obrotny - jak on widzi czarno przyszlosc najblizsza, to chyba rzeczywiscie jest cos nie tak...
pozdrawiam
 
Kazimierz
#16 Drukuj posta
Dodany dnia 28-01-2008 19:13
Główny administrator

Postów: 552
Data rejestracji: 16.10.06

Witamy Borutę! Smile

Jak widzę, wszyscy dostrzegamy, że kwestie architektoniczne w małych miastach i na wsiach w Polsce to jest problem.

Co do USA czy UE to ja myślę, że chodzi o coś, o czym już pewnie powstało niejedno naukowe opracowanie. Te wszystkie zachwyty Ameryką, a ostatnio Anglią czy Irlandią wynikają z ludzkiego, dosyć kulawego sposobu myślenia. Myślę, że jest to sprawa psychologii i że działa tu głęboko zakorzeniony mechanizm, według którego człowieka bogatego, żyjącego dostatnio ludzie uważają za kogoś lepszego. Tak więc dążenie Polaków do bogacenia się może w głównej mierze wcale nie wynikać z biedy, a z kompleksów, w tym z kompleksu niższości i bycia gorszym. Kiedy już wyjadą do tej Ameryki, często w ciągu kilku tygodni stają się bardziej amerykańscy niż tubylcy. Często bezkrytycznie przyswajają zachodni styl życia jako swego rodzaju kompensację swoich własnych kompleksów i słabości. To oczywiście nic nie da, żadnych kompleksów nie uleczy, a jedynie zaćmi je, przytłumi, zdusi. Taka postawa obrazuje naprawdę kiepską sytuację psychiczną polskiego społeczeństwa.

A co do USA, to jak na zawołanie mamy na kanale Planete serial dokumentalny Droga przez Amerykę.

Podróż starym samochodem z Nowego Jorku przez 13 Stanów Zjednoczonych do Tucson w Arizonie.

Steve Lockie zakochał się w Aimeè, nauczycielce ze szkoły podstawowej. Zdeterminowany, by znowu ją zobaczyć, jedzie 8 000 km, by złożyć jej niespodziewaną wizytę. Przemierza m.in. Pensylwanię, Wirginię, Tennessee, Północną Karolinę, Luizjanę, Teksas i Nowy Meksyk. Podczas drogi odkrywa, jak wspaniała jest amerykańska wieś. Rozmawia z kierowcami ciężarówek, więźniami, wykonawcami muzyki country, odwiedza muzea osobliwości i miejsca położone daleko od głównych dróg. Poznamy m.in. najdziksze rodeo na południu Stanów Zjednoczonych, farmę aligatorów i Roswell w Nowym Meksyku - światową stolicę UFO.


Szczegóły na stronie http://www.planet...
 
Dennis
#17 Drukuj posta
Dodany dnia 28-01-2008 22:30
Użytkownik

Postów: 219
Data rejestracji: 14.10.07

Wrócę jescze na chwilę do tytułu wątku. Powiedzenie to usłyszałem po raz pierwszy od kolegi, który za czasów studenckich wrócił ze stanów do niemiec - byłęm w tedy na praktykach w niemczech i wytłumaczył mi o co w tym powiedzeniu chodzi. Jak wiadomo bowiem, w ameryce jak człowiek się zapracuje to jest tylko sypialnia i miejsce pracy. Ale tak jak pisałem w pierwszym poście tutaj, mamy niesłusznie, pewien kompleks ameryki, utrwalony zwłaszcza w tych wczesnych okresach emigracji zarobkowej.

Dziś natomiast nie musimy już odczuwać tych dysproporcji.
Technologicznie, cywilizacyjnie zajmujemy podobną do ameryki pozycję.

Wielu z imigrantów w USA nie jest w stanie zarabiać po około 30-40 tys dolarów rocznie, podobnie amerykanie - ich średnia wynosi ok 42 tys rocznie.

Ale zastanówmy się jak to wygląda u nas. 42 tys $ to około 100 tys PLN. Mowa oczywiście o kwotach brutto. Oczywiście ktoś powie, że obecne wynagrodzenie średnie wynosi w Polsce około 40 tys rocznie brutto.

Lecz dla kogoś kto ma działalność gospodarczą i znajdzie swoją niszę rynkową albo jest dobrym fachowcem - choćby parkieciarz, dekarz - czy ewentualnie poprowadzi własną firmę i zatrudni dwóch trzech pracowników, postara się o duże zlecenia nie opłaci się wyjeżdżać do USA, bo zarobi więcej na miejscu i zostanie ...przy rodzinie:-) W stanach natomiast musiałby zapłacić więcej za mieszkanie, jedzenie, bilety, opiekę lekarską, itd.

W usa w niektórycxh regionach zarobki sa nizsze i pracujący zawodowo muszą korzystać w opieki społecznej aby się utrzymać. Natomiast w większości stanów średnia klasa ma problemy z utrzymaniem "american way of life" czyli zapewnieniem sobie godziwej starości wysłaniem dzieci na studia oraz kupnem czy budową domu.

Czesne za studia wzrosło w ostatnich pięciu latach o około 45%. Pensje informatyków spadły o 7% a inżynierów komputerowych o 14%. Generalnie płace realne spadły w ostatnich pięciu latach do poziomu sprzed lat trzydziestu. Wszystko to następuje w dobie horrendalnego wzrotu wynagrodzeń na stanowiskach dyrektorskich, zarządzających, które są wypłacane w milionach dolarów rocznie.

Czy musimy się uważać na tym polu za pokrzywdzonych?



 
Przeskocz do forum:
Wygenerowano w sekund: 0.07
2,472,891 Unikalnych wizyt